poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Przeszłam z Kołobrzegu na Hel.

Stopy. Bardzo się cieszę, że mam małe stopy. Dzięki temu mogę kupić dla siebie chłopięce skarpetki, które są czterokrotnie tańsze od tych dla dorosłych. Skarpetki. Tak, muszę mieć przynajmniej czyste skarpetki. Nawet jeśli mają średnio pasować do niebieskiej piżamy i przetartych adidasów. Pierwszy raz wracam z wakacji w piżamie. Piżama to nie tylko mój najmniej cuchnący w tej chwili ciuch, ale przede wszystkim doskonała wizytówka tego wyjazdu - poczucie bezpieczeństwa, wolności i swobody życia. Zajmuję miejsce w moim ukochanym, bezprzedziałowym, klimatyzowanym wagonie Intercity i podaję bilet konduktorowi. Ten spogląda długo to na mnie - to na legitymację studencką. "Powinna Pani uaktualnić zdjęcie." - mówi. Wyciągam z butów swoje stopy w nowych skarpetkach.


Mam luksusowe życie. Mogę sobie iść i ryczeć z bólu na własne życzenie. Mogę zdzierać palce do krwi i przeciążać biodra, tak by w nocy nie móc się przewrócić z boku na bok. Niektórzy nie mają tyle szczęścia. Niektórzy żyją swoim bezpiecznym, leniwym życiem i jadą na wakacje poleżeć na ciepłym piasku, zjeść gofra, poczytać lekką prasę typu Party. Mam luksusowe życie. Pełne wyborów, których mogę dokonywać według własnego widzimisię. Tyle okazji. Tyle możliwości. Tyle miejsc bez cymbergajów, grilla i parawanów. Niektórzy nie mają tyle szczęścia. Niektórzy patrzą i nie widzą. Nie szukają. Pielęgnują swoje nicnierobienie. Ja idę przez 300 km, jem mielonki i owsianki, przebijam pęcherze wsuwkami do włosów, śpię w kawalerskim namiocie taty i biorę prysznic ze ślimakami w kabinie. Czasami śpiewam Andrzeja Rybińskiego. Mówię, że nie dam rady. A potem daję. 




Chciałabym móc racjonalnie wytłumaczyć dlaczego to zrobiłam. Odpowiedzieć na pytania, które słyszałam od ludzi po drodze - Po co? Czemu tam? Czemu tak? Czy w ogóle mi się chce? 

Nie chciało mi się.

Przysięgam, że każdego dnia mi się nie chciało. Każdego dnia nie miałam siły - nie tylko tej fizycznej, ale głównie psychicznej. Miałam jednak cel. Miejsce do którego muszę dotrzeć danego dnia. Dystans do pokonania. Małe kroczki, które zbliżały mnie do kresu podróży. W końcu mogłam zrobić coś od początku do końca. Wiedziałam jak i ile. Pracowałam nad cierpliwością. Cechą, którą uważałam za właściwą starym ludziom. Takim, których już nic nie obchodzi i do niczego się nie palą. Teraz czekałam, choć przecież szłam. Ale nie mogłam więcej. Nie mogłam dłużej. Musiałam się zatrzymywać. Spać. Odpoczywać. Czekać właśnie. I nie mieć gwarancji, że przyjdzie. Że ja przyjdę, że dojdę na Hel. A przecież doszłam. 

Mój Boże, zrobiłam to.

Chciałam być przygotowana. Choć raz w życiu na coś naprawdę gotowa. Wymyśliłam sobie ten wyjazd jeszcze w zeszłym roku, więc od dobrych kilku miesięcy skrupulatnie się przygotowywałam. Kupiłam drogie, brzydkie buty, laminowane mapy, szybkoschnące ręczniki. Szukałam idealnego plecaka. A kiedy w końcu taki znalazłam i sumiennie spakowałam - ten postanowił się rozpaść w drodze na wrocławski dworzec. Pierwszego dnia w Kołobrzegu szukałam już jakiegokolwiek. I jakikolwiek towarzyszył mi dzielnie przez całą drogę. Nazwałam go Jackiem. Jacek był pasożytem, żyliśmy przez dwa tygodnie w toksycznym związku, z którego każdego dnia wychodziłam coraz bardziej poraniona i garbata. Kiedy poznaliśmy się lepiej, to ja przejęłam dowodzenie. Pakowałam się coraz szybciej i lepiej. Poznałam funkcje wszystkich pasków i przegródek. Jacek już nie wisiał męczeńsko na moich ramionach, ale trzymał się mocno bioder. Trzeciego dnia podróży wyrzuciłam z niego wszystkie zbędne rzeczy - niezależnie od tego czy była to moja ulubiona bluza czy nowy, nieotwarty kosmetyk. W Chłopach po prostu nie wytrzymałam i zostawiłam połowę bagażu na śmietniku - istny akt desperacji i determinacji. Od tej pory wszystko, czego potrzebowałam do życia mieściło się na moich plecach. Zważywszy na fakt, że przed wyjazdem przeprowadzałam swój jeden, wrocławski pokój przez ponad dwa tygodnie - po powrocie straciłam jakby ducha sentymentalnego zbieracza. Myślę, że został właśnie w Chłopach, razem z Sykstusem, moim poprzednim plecakiem, którego zwłoki początkowo dzielnie i szlachetnie chciałam donieść do domu "bo może uda się go naprawić". Nie żałuję, choć oczywiście: Panie, świeć nad jego nieprzemakalną duszą.




Zważywszy na fakt, że wszystkie plecaki na wyprawie nosiły męskie imiona (pozdrawiam Stacha i Ryszarda), skład był kobiecy. Przynajmniej płciowo, bo na pozostałych płaszczyznach bezczelnie łamałyśmy stereotypy. Przez całe dwa tygodnie żyłyśmy sobie wolne od makijażu i krzywych spojrzeń w lustra. Nasze kosmetyczki wypełniały po brzegi maści przeciwbólowe i plastry. Miałyśmy jeden wspólny, najtańszy żel pod prysznic, szampon oraz pastę. Nie gderałyśmy nadprogramowo. Na trasie byłyśmy tak obolałe, zmęczone i skupione, że często przez ośmiogodzinną drogę potrafiłyśmy nic do siebie nie mówić. Puste spojrzenia na buty. Nie musisz o niczym myśleć. Idziesz. 


Dałyśmy sobie upust na emocje. Żadnego użalania się. Jeśli któraś ryczy, to ryczy. Wlekłam się tak chyba z 20 metrów za dziewczynami na odcinku do Darłowa. Płakałam z bólu i szłam. Nikt nade mną nie wisiał, nie głaskał, nie pocieszał. Moje łzy, tylko dla mnie. Prywatny spektakl, monolog w głowie Nie jestem słaba. Po takim wewnętrznym oczyszczeniu, masz siłę na więcej. Dzięki Lenie i Marcie nie zostawałam nigdzie na dłużej, a zawsze dochodziłam do planowanego miejsca. Niezależnie od tego z jakim tempem, siłą i motywacją szłam. Zapomniałam już, jak dobrze jest być. Całą sobą, w tej jednej, konkretnej chwili.



Świadomie wyłączyłyśmy się ze świata. Wzięłyśmy najgorsze telefony z podstawową funkcją wykonywania połączeń. Byłyśmy z dala od wszystkiego. Czasami przechodziłyśmy gdzieś obok kiosku i dowiadywałyśmy się z nagłówków gazet o sukcesach na olimpiadzie. W recepcji, na polu namiotowym stróż miał telewizor z którego usłyszałyśmy o trzęsieniu ziemi we Włoszech. Unikałyśmy negatywnych informacji, zewnętrznych bodźców. Raz dziennie wysyłałam do siedmiu najbliższych mi osób sms-a z informacją gdzie jestem i jak się czuję. Rozbijałyśmy namiot, wchodziłyśmy do śpiworów i z latarkami przy czołach pisałyśmy listy. Do siebie, przyjaciół, rodziny. Codziennie z innego miejsca. Często skrajnie zmęczone przelewałyśmy na papier nasze myśli, porządkowałyśmy głowę. Mimo łamiących kości, zasypiałam łatwiej niż kiedykolwiek. Wszystko we mnie buzowało, ale był w tym jakiś większy ład, spokój. Nie martwiłam się o to, co muszę zrobić ważnego ze swoim życiem. Myślałam o tym, gdzie będę musiała spać, czy będę miała co jeść i czy znajdę w sobie jeszcze siłę, żeby się wykąpać. Nie wliczając ekscesów, kiedy czyjś kot zeżarł nam pozostawioną na zewnątrz szynkę, w łazience latały szerszenie, a w Jezierzanach nie było pola namiotowego - zwykle się udawało. 



Prawdę mówiąc, miałyśmy zaskakująco dużo szczęścia. Z tym brakiem pola namiotowego choćby - Pani, której opowiedziałyśmy swoją historię użyczyła nam pokoju w pensjonacie po cenie 'namiotowej'.  Ktoś na trasie prosił, żebyśmy zapaliły jego darmowe jointy. Kilkukrotnie proponowano nam podwózkę, mimo, że wcale nie łapałyśmy stopa. Wsiadłyśmy raz - młoda kobitka zwinęła nas na 5 km przed Ustką, akurat wtedy, kiedy z nieba lunął deszcz. Jechałyśmy z kilkumiesięczną Gosią i młodym psiakiem, Timonem . Pani była ustkowianką, zawiozła nas pod najtańsze pole namiotowe nie tylko w mieście, ale i w całej naszej podróży. Zdarzyło nam się też w Łebie, po pokonaniu ruchomych wydm załapać na melexa - kierowca wysadził nas przed wjazdem do bazy, żebyśmy nie musiały płacić. We Władysławowie, do którego dotarłyśmy nocą, zaczepili nas na polu nastoletni elektrycy ze Śląska. Zaoferowali się pomocą przy rozstawianiu namiotu, użyczyli reflektor i zaprosili na grilla. A skoro już o grillu mowa, to w nieszczęsnym Darłowie wzięto nas za uczestników turnusu dla niepełnosprawnych dzieci - nie protestowałyśmy - załapałyśmy się na darmową kiełbasę. W Lubiatowie nikt nie zauważył, że weszłyśmy na pole namiotowe i nikt nas nie policzył. Mimo nadarzających się niepowodzeń, czułam nieustające przyciąganie dobrych zdarzeń, sprzyjających okazji. I ciągle wierzyłam, że jakoś to będzie.




I jakoś to było. Przy końcu towarzyszyło nam więcej luzu. Nie narzekałyśmy już na to, co na sobie mamy. Ściągałyśmy buty, kładłyśmy się na karimacie i licytowałyśmy, która bardziej śmierdzi. Po kiełbasie ze śląskimi elektrykami wróciłyśmy do namiotu i same opchnęłyśmy jeszcze dwa słoiki gulaszu. Nie stresowałyśmy się, że przyjdziemy na pole w nocy - nauczyłyśmy się rozkładać nasze iglo po ciemku. Nie było w nas paniki, że tropik przecieka podczas deszczu - rano i tak zwijałyśmy go do wora i ruszałyśmy w drogę. Nie ruszały nas kąśliwe uwagi napotkanych w Mielnie rówieśników i podśmiewałyśmy się z kolesia, który pod wejściem naszego namiotu cmokał: "Misia, no wpuść mnie, ja nie dotknę Ciebie, Ty nie dotkniesz mnie.". Wchodziłyśmy na plażę w buciorach, omijając roznegliżowanych ludzi i goszcząc tam zwykle przez błogie 20 minut przerwy. Opalałyśmy się w sportowych stanikach i opierając głowami o plecaki, jadłyśmy gigantyczne buły.






Czekałyśmy na Hel tak długo, że zgubiłyśmy po drodze ekscytację. Minęłyśmy tabliczkę ze słowami "O, to już". Znowu rozstawiałyśmy namiot, znowu organizowałyśmy sobie kolację. Szłyśmy 14 dni, żeby u celu pobyć parę godzin, zrobić trzy, normalne, wakacyjne zdjęcia i zjeść rybę. Planując podróż, miałam prze oczami wielki finał. Czułam i chciałam, żeby ta droga była rewolucją, momentem zmian, wskazaniem nowego, większego celu. Doszłam na miejsce z pokorą, poczuciem, że zapracowałam sobie na wspaniałe wspomnienia, z wdzięcznością dla swojego ciała i ludzi, którzy wspierali mnie na odległość. Doszłam taka sama, ale po drodze zostawiłam wszystkie zmartwienia. Był we mnie spokój i tylko spokój. Położyłam się na plaży, wypiłam piwo, obserwowałam zachód Słońca. Czułam, że mogę i chcę ze sobą wszystko. 

Kiedy dzieje się nam coś złego, natychmiast myślimy o tym jak fajnie było wczoraj. Na co dzień nie karmimy się dobrymi myślami, zawsze nam coś przeszkadza, coś nas wkurza. Nie chodzi o to, że mamy to ignorować. Jest okey, jeśli nie wszystko się w świecie podoba, ale czy wystarczająco dostrzegamy wokół nas te dobre rzeczy? Może potrzebujemy złych chwil w życiu, by dostrzegać te dobre. To trochę masochizm, ale skoro nie można inaczej, może warto wziąć i zaakceptować wszystko, co się dzieje? 


Nie zawsze umiem zdecydować, co wybrać. Ale jeśli nie wybieram, bo nie wiem, co zdecydować, to przecież też się wstrzymuję, podejmuję decyzję: unikam lub rezygnuję. A nie interesuje mnie żadna z tych opcji. Dopracowałam się cierpliwości. Zaczęłam ją uważać za cnotę. Szłam w parze z satysfakcją ze zmian, jaką przynosi życie. Wszystko zaczęło logicznie pasować, mieć sens. Już nie uważam, że lepsze życie toczy się tam, gdzie mnie nie ma i że muszę starać się tam znaleźć. Uważam, że strasznie fajnie jest być. Być obecną. Podejmować decyzje na swój temat. Bo nawet jeśli te decyzje czy wybory będą złe, to i tak mnie gdzieś zaprowadzą. Jeśli się gdzieś po drodze pogubię, spóźnię, przewrócę i popłaczę - to i tak prędzej czy później będę tam, gdzie mam być. Po swojemu.




Jestem brudna, cuchnę gorzej niż niejeden żul, moje skołtunione włosy są zaczesane palcami w niedbały kucyk. Jadę pociągiem w nie najświeższej piżamie, kruszę waflami ryżowymi i wyciągam stopy na przeciwne siedzenie. Wracam do domu. Mam czyste, nowe skarpety. Coś dobrego, w całym tym syfie, który na mnie czeka. Coś nowego, na nowy początek. Mogę znowu iść. Jestem silniejsza niż kiedykolwiek. I już wiem, że naprawdę mogę zrobić w życiu wszystko, czego tylko chcę. 

Jeśli tylko chcę.


niedziela, 8 maja 2016

wystarczająco.

—  Do dupy.  — powtarzam.

Z prawej strony wyprzedza mnie kolejna osoba. Łapię się za bok, udając kolkę, choć w gruncie rzeczy nic mnie nie boli. Moje płuca są nagle za małe. Krztuszę się każdym łykiem powietrza i co sekundę spluwam ślinowym kleksem na trawę. Jęczę kilkukrotnie, robiąc serię wdechów przedporodowych i tworzę z ust grymaśny rogalik, kiedy na trasie bombardują mnie setki aparatów. Ktoś przede mną troskliwie się obraca. Fiszbina ostatecznie przebija pierś, a stojący przy zakręcie sanitariusz szykuje się do interwencji. Usta są suche. Słyszę skrzypienie stawów kolanowych i wypadające z włosów wsuwki. Depczę po piętach paniom z kijkami.

—  To piątka mocy —  krzyczy facet z lewej, wystawiając łapę.

Przybijam.
Wiem, że kiedy się zatrzymam, będzie gorzej ruszyć od nowa.


Jestem już mistrzynią w zaczynaniu. To przez to, że nauczyłam się dobrze kończyć i stać stabilnie na mocnych nogach. W paru momentach życia harmonia stała się największym marzeniem, ale w realnym świecie stabilizacja ssie i kiedy wychodzę na prosto, wpadam do czarnej dziury, znanej psychologom jako strefa komfortu. To ten moment, kiedy masz ochotę, żeby coś się w końcu spieprzyło. Niemożliwe? A jednak. Potrzeba zmiany jest we mnie większa, od niekończącego się poczucia bezpieczeństwa. Wolę zaryzykować życie, niż wiedzieć, że je przegrałam.


Staję się zadziorna. Drażnię, łechcę i zaczepiam bardziej niż kiedykolwiek. Próbuję nowych rzeczy, żeby wyrwać się rutynie. Dużo jeżdżę autem, piszę artykuły o bezdomnych, majówkowo zabieram brata na spływ  – wskakuję w ciuchach do lodowatej wody, żeby wyswobodzić kajak ze skałek, a potem umieram sobie na grypę przez przemoknięte buty. Biegam. I to już wydarzenie na skalę światową. Próbowałam różnych sposobów na wyciszenie i fizyczną poprawę emeryckiej kondycji, aż dałam się zapisać na bieg kobiet i wpadłam. Początkowo miałam się przygotować na trasę i zdychałam na bieżni – z czasem dołączyłam do terenowych grup biegowych. I tak choćby co poniedziałek o 18.30 poznaję nowe babki w ramach akcji "Przecieramy ścieżki Wrocławia". Co tydzień inny park, inni ludzie, ale zawsze minimum 5 kilometrów. Sapię w aseksualnych ciuchach. Ale czuję, że żyję. 


Oczywiście niezmienność ma swoje zalety. To poczucie, że masz z kim być na stałe i do kogo wracać. Strasznie sobie cenię w swoim życiu możliwość posiadania ludzi, którzy mimo odległości czy upływającego czasu potrafią BYĆ. Wiem, co jest dla mnie ważne i lubię mieć to pod kontrolą. W kwestii bliskich jestem zatem zaborcza. Nie chcę mieć przyjaciół na wyłączność, ale lubię dostawać w zamian tyle, ile daję, więc nierzadko wymagam. Walutą jest czas, umiejętność słuchania i oskrobywania mnie z naleciałości dnia codziennego. Uważnie obserwuję i w tych których kocham, widzę więcej. Muszę tę wiarę czuć także na sobie. Nie taranuję drzwi, jeśli ktoś podświadomie chce ode mnie odejść.  Droga wolna. 


Działam. Realizacja miliona pomysłów przychodzi powoli, ale staram się nie brać zbyt wielu rzeczy na swoje barki. Lubię mieć wolny czas i wiem jak ważne jest posiadanie go w swojej dobie. Z pełną pokorą obserwuję ludzi żyjących w biegu, którym wszystko co ważne ucieka przez palce. Dbam o siebie i siebie traktuję z pełną miłością. Samotne wyjście na spacer  i gapienie się w niebo jest tak samo ważne jak ratowanie przyjaciół przed depresją czy godzinne dziobanie do egzaminu (okey, nie oszukujmy się). Ufam sobie. Czasami na długo przed snem leżę nieruchomo i tworzę wizje lepszej siebie. Ponoć szczęście to rzeczywistość minus oczekiwania, ale ja nigdy nie wierzyłam w matematykę, życie według równań i niepodważalnych faktów. Odsuwam złe myśli, nie martwię się na zapas. Wszystko co ważne przyjdzie prędzej czy później. Marzy mi się uniwersyteckie czasopismo, ale dozuję entuzjazm. Współtworzę koło naukowe i już miesiąc później ruszam z nim na krajowe warsztaty projektowania i typografii w Łodzi. Czuję się dobrze, kiedy mogę iść naprzód, nie zmieniając drastycznie swojego położenia. Już nigdy więcej nie muszę się posuwać w stronę wielkich rewolucji. Wiem, jak to męczy. Życie w slow motion nie pozwala mi przegapić niczego.


Na warsztatach przez parę dni pracuję w grupie z grafikami z ASP i edytorem UJ. Czynią prawdziwe cuda, a że ja rozwodzę się ostatnio nad sztuką - przyjemność we współpracy czerpię już od samego patrzenia na proces twórczy. Widzę swoje niedociągnięcia i braki. Wiem, jak dużo muszę się jeszcze nauczyć, ale nie biczuję się i nie poddaję przez to, czego nie potrafię. Chłonę. Mam tyle możliwości. Tyle czasu, który można wykorzystać lepiej. Jest okey, nie czuć się okey. Ale świat się nie zatrzyma przez to, że ty stoisz. Ostatnio nieco pogubiona, wracam na właściwy tor. Mogę zacząć się rozpędzać. 
Znowu i znowu.

Życie mnie słucha. Dzieje się to, na co mam ochotę, dlatego nie dyktuję surowych komend i nie zakładam z góry najgorszego. Okey, jeszcze czasami się użalam, ale wychowuję się bezstresowo i do Ali podchodzę raczej łagodnie. Pytając siebie o mnie, mówię tylko w superlatywach, choć przecież nie jestem super. Wiem z czym sobie nie radzę i gdzie na własne życzenie wpadam w kłopoty. Trzymam się siebie mocno za rękę i pierwsza biegnę z odsiedzą, kiedy potrzebuję pomocy. Umiem sobie radzić. I może nie jestem w tym do końca najlepsza, ale wystarczająco dobra, by się nie poddać.


Na mecie nie uniosę rąk w górę w triumfalnym geście. Nie będę miała siły finiszować. Razem ze mną dobiegnie tyle osób, że nie będzie miejsca, żeby w ogóle tam stanąć. Jakaś czternastolatka narzuci mi plastikowy medal na szyję, ktoś wręczy jabłko i butelkę wody. Będę spocona, styrana i przekonana o tym, że miałam najgorszy czas w życiu. Oprę się o barierkę, zamknę oczy i na parę sekund pomyślę o tym, jaka jestem z siebie dumna. Nie ma znaczenia, czy dobrze biegasz, ile kilometrów pokonałeś i na jakim miejscu skończyłeś. Nie ma znaczenia końcowe zdanie na temat Twojego projektu. Nie ma znaczenia czy potrafisz tańczyć, czy pani z aeorbiku wywala cię do ostatniego rzędu delikatnie sugerując, że rozpraszasz grupę. Jeśli masz ochotę tańczyć, to tańcz do cholery.
I nie pozwól się zatrzymać.

P.S. Czas był najlepszy w życiu.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

sztuka odpuszczania.

Redaktor naczelny ma podkrążone oczy. Nie powinno mnie to bardziej dziwić, bo sama jestem genetycznie naznaczona wizualnym niewyspaniem, ale jego sina skóra pod ślepiami to już apogeum zmęczenia. Dwa jądra ciemności, które nie pozwalają mi się skupić. "O 12.30 wracasz z trzydziestoma tematami" - podnoszę wzrok znad notesu i dostrzegam jak mnie penetrują, drążą i plądrują na wskroś. Zerkam na zegarek, zrywam z wieszaka płaszcz, a jego dwa ostatnie guziki zaczynają się turlać po podłodze.  W biegu łapię przypadkowy tramwaj. 1,5 godziny na dostrzeżenie trzydziestu rzeczy w mieście, które nie ciekawi mnie ani trochę.

Wczoraj leżałam na plaży. 


Ciągle jestem w przebudowie. Niedokończona, zmienna w trakcie planowania i chyba niegotowa na nic w życiu. Niby non-stop z nowymi pomysłami, ale ostatnio niczego nie kończę. Łatwo się denerwuję i wszystko mnie wkurza. Nie pozwalam sobie krzyczeć. Nie daję się wyprowadzać z równowagi. Naładowana jak najlepszy karabin czekam na odstrzał, ale nie mogę strzelić do samej siebie. A że mimo wszystko lubię ludzi - w ich też jakoś nie uchodzi celować. Nowa podróż jest wyjazdem na poligon.


Toruń to mój punkt na tegorocznej liście 25 rzeczy do zrobienia raz w roku. Co prawda Maciek ciągle powtarza, że Polskę będziemy zwiedzać, kiedy wyprodukujemy i odchowamy dzieciory, ale ja już od jakiegoś czasu czuję się mentalną emerytką, więc to chyba najwłaściwszy moment, żeby zdążyć przed autodestrukcyjną śmiercią. Dodatkowo jestem już na tym etapie życia, kiedy więcej rzeczy robię raczej z chęci, niż z przymusu i niespecjalnie zależy mi na udowadnianiu komukolwiek, czegokolwiek. Zwiedziłam naście krajów, karmiłam dzikie małpy i pływałam w oceanie,  a nigdy nie byłam w planetarium, nie zasmakowałam toruńskiego piernika i nie zrobiłam sobie zdjęcia przy pomniku Kopernika (szanujący się redaktor uznałby ten rym za błąd, ale mam to gdzieś). Podobno szczęścia się nie szuka daleko, ale dostrzega pod nosem, dlatego w tym roku na pulpit biorę rodzime miejsca. Śpię w tanim hostelu, piję piwo nad Wisłą i przez parę godzin przylepiam policzek do pociągowego okna.


Teraz bardziej niż kiedykolwiek odczuwam dorosłość. Chciałabym być niezależna, ale nikt nie daje licencji na samodzielność bez poczucia osamotnienia, więc znowu się martwię. Tym razem o wszystkie relacje, których albo nie ma wcale, albo są, ale jakieś takie półprzezroczyste. Kiedyś myślałam, że muszę mieć ich wszystkich przy sobie i ze sobą. Teraz uciekamy z hermetycznej przyjaźni, bo nie tylko sami nie oddychamy pełną piersią, ale i do całej paczki nie wpuszczamy świeżego powietrza. Jest monotematycznie, nudno, bez smaku. Tu we Wrocławiu mamy siebie za ścianą, ale zamiast być bliżej - jesteśmy chyba dalej.


Mamy nowych przyjaciół, partnerów i znajomych. Zaczęła się cała zabawa z licencjatami. Ktoś pracuje, ktoś działa w samorządzie. Ćwiczymy i leżymy. Jesteśmy inni. I jest nam coraz trudniej z tym walczyć. Mamy mniej czasu i chęci na bycie dla siebie. Łapiemy się gdzieś w biegu, po uczelni, w drodze na inne piwo. Wkurzamy i obrażamy się na siebie bardziej niż zwykle. Co ciekawiej wszyscy czujemy się tak samo odrzuceni, ale nikomu już się nie chce znowu o tym rozmawiać i próbować. Niby potrzebujemy się mocniej, ale czujemy się sobą bardziej zmęczeni. Odpuszczamy. Ale nie siebie. Niezupełnie. Nie związujemy się ciasno liną, zaczynamy żyć wolnowybiegowo. Dzięki temu na mecie i tak zbijamy piątki. Wszyscy wygrywamy, choć już z innym czasem i w inny sposób. To chyba dobrze, że przestaliśmy uchodzić za niezniszczalnych. Wychodzimy z toksycznej relacji, ale nie uciekamy. Kiedy tracimy poczucie bezpieczeństwa, chce nam się działać. Musimy się nauczyć sobie radzić bez siebie, ale mimo wszystko żyć w poczuciu, że ktoś nas trzyma za rękę. Choć wtedy trudniej się dorasta. A chyba już na nas czas. Na mnie z pewnością.


Mogę mówić, że jest mi ciężko. Ale to jak usprawiedliwianie samej siebie, że jestem nieobecna w swoim życiu. Nie staram się. Robię. Nie przyglądam. Biorę czynny udział. Skoro jestem już w Toruniu, to przy okazji, na parę godzin dobijam do Gdańska. Spędzam cudowny weekend. I choć w pociągu do Wrocławia od razu zasypiam ze zmęczenia, to czuję, że wracam z nową energią, nowymi decyzjami i siłą do latania. Następnego ranka zaczynam szlifować warsztat dziennikarski. Moje trzydzieści znalezionych tematów zostaje bezpardonowo olanych i bezwiednie wrzuconych do kosza. Moje małe skrzydła podcina się tekstami "O tym już pisaliśmy", "To jest mało ważne","Brak konkretów". Jest mi smutno, ale HEJ! dopiero uczę się latać.


Nigdy w życiu nie będę dziennikarką gazety codziennej. Nie umiem pisać krótko, treściwie i właściwie w ogóle sensownie. Nie chcę ograniczać się do tekstów, w których tylko pierwsze zdanie ma być najważniejsze. Nie czuję się dobrze biegając po mieście w poszukiwaniu nieszczęścia, które podniesie nakład. W dodatku pozyskiwanie kontaktów i szukanie dziury w całym wychodzi mi raczej średnio. Chcę się wysypiać i uśmiechać bez podkrążonych oczu. Robić coś, w czym będę szaleńczo zakochana. Nie wiem co to będzie. Szukam. Muszę być jednak pewna, że spróbowałam wszystkiego, że zobaczyłam to, co powinnam zanim odpuściłam. Nie chcę żałować, że wybrałam niewłaściwie, nie wiedząc jak wyglądają inne opcje.

Chyba nie ma ani jednej, beznadziejnej rzeczy zrobionej przeze mnie w  całym życiu, o której bym nie wiedziała, że robienie jej jest głupotą. Nawet jeśli się usprawiedliwiałam, najprawdziwsza część mnie wiedziała, zawsze wiedziała, że popełniam błąd. Zawsze. Z wiekiem uczę się już nie robić nic beznadziejnego, niczego wbrew sobie.


 Świat pokazuje mi jednak jak dużo jeszcze muszę się nauczyć.


środa, 17 lutego 2016

Nie chcę być bogata.

Ostatnio aktywnie uczestniczę w spotkaniach motywacyjnych. Szukam w mieście tych darmowych i jakkolwiek nie uważam, że są przez to gorsze. Szukam coachów, którzy nie powielają podręcznikowych schematów, ale przede wszystkim unikam tych, którzy są aroganckimi dupkami (czego zazwyczaj niestety sprawdzić nie można).  To typ człowieka, który doprowadza moją krew do wrzenia. "Mam to i to, więc jestem autorytetem. Musisz mnie słuchać. Chcieć żyć tak jak ja. Musisz zarabiać duże pieniądze i chcieć je wydawać." albo moje ulubione "Pieniądze szczęścia nie dają, tym co je mają." Sukces. Sukces. Sukces... Parę miesięcy temu wyszacowano roczne szczęście człowieka na 75.tys. dolarów. Im częściej trafiam na aroganckich dupków, tym bardziej nie chcę być bogata.


Mój tato skończył górnicze technikum, mama prześlizgnęła się przez zawodówkę i był czas, kiedy miałam z tego powodu straszny kompleks. Namawiałam rodziców na napisanie choćby matury i podrzucałam pod choinkę książki do nauki angielskiego. Generalnie nastoletni dramat. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu wierzyłam, że wykształcenie moich rodziców otworzy mi drzwi do świata intelektualistów. Wyobrażałam sobie jak rozmawiamy o Freudzie, komentujemy najświeższy performans Abramović i dyskutujemy o poczynaniach nowego rządu. Wiedziałam, że nie chcę żyć jak oni, mieszkać w zapyziałym Lubinie i pracować w miejscu, które nie wnosi do mojego życia nic, prócz pieniędzy. Chciałam być kobietą sukcesu i nie porzuciłam tej wizji, ale dziś definiuję sukces zupełnie inaczej.


Dziś nadal ulubioną lekturą w domu jest Kropka.TV, mama po opanowaniu facebooka komentuje czule moje każde zdjęcie, a tata burzy się w tureckim hotelu "non-stop klima problem. SKANDAL.SKANDAL". Są najszczęśliwszymi ludźmi, jakich znam. A ja dzisiejsza? Potrafię się z tego cieszyć, doceniam i możliwie wspieram. Żywo reaguję na każdy najmniejszy sukces, ale nade wszystko - szanuję to, co robią, kim są i czego chcą od życia. Mama mówi "Nie krzycz, wytłumacz, nauczę się, ale pomału.". To oni wychowali mnie na osobę, jaką jestem, stworzyli dom pełen miłości i pomagali w podejmowaniu decyzji, a przy tym nigdy nie powiedzieli jak mam żyć. Mam wolną rękę i zawsze miałam. Nawet wtedy, kiedy robiłam coś głupiego - dawali się pomylić. Dużo się nauczyłam. Wyszłam z wąskiego wiadra i przestałam ich kategoryzować przez pryzmat tego, czego nie mają. Tak, nie mieszkaliśmy w uroczym domku, nie mieliśmy nigdy auta z salonu i moja pierwsza lalka nie sikała, kiedy było to największym trendem. Nie karmimy się oczekiwaniami. Kochamy, więc od siebie wymagamy, ale bez wyścigów, porównywania się do innych, życia dla posiadania. Kiedy weekendowo przyjeżdżam do domu, najbardziej cieszę się na niedzielną, ojcowską jajecznicę, wiosenny wypad na działkę czy wieczór z planszówkami. A najbardziej na to, że ktoś tam zawsze na mnie czeka, że mój gimnazjalny brat dalej głośno mówi jak mnie kocha, a rodzice spacerują trzymając się za ręce. Najpiękniejsze rzeczy w życiu są za darmo.


Zrób sobie rodzinę. Niekoniecznie dziecko i przypadkowego, drapiącego się po brzuchu męża. Zrób coś z tą, którą już masz od zawsze. Kiedy przyjeżdżam do domu, wychodzę z rodzicami na piwo. Nie musimy jeść jarmużu z anchois, siedzieć w teatrze i rozmawiać o płycie Diany Krall. Mamy swój neutralny grunt, który odpowiada nam wszystkim. Zamawiamy ulubioną pizzę, obgadujemy krewnych, ja opowiadam o swoich bolączkach, a oni o pracy. Snujemy domowe anegdotki, parodiujemy siebie nawzajem, wybuchamy śmiechem, mówimy o sobie dobrze, ale też nie boimy się szczerości. Nie traktuję rodziców jak kumpli, traktuję  ich jak ludzi. Kiedy ja zmieniłam swoje buńczuczne nastawienie, przestałam się ich czepiać i chcieć naprawiać, oni przestali mi matkować, a zaczęli traktować jak dorosłego. Dzięki temu mam zdrową, prawdziwą relację. Nie spinam się, nie czepiam, z przyjemnością wracam do domu, a to co daję - dostaję w zamian.




Chcę być wdzięczna, bo kiedy znajduję powód do powiedzenia "dziękuję", znajduję też powód, dzięki któremu mogę być szczęśliwa. Nie koloryzuję moich rodziców. Nie zawsze się z nimi zgadzam. Nie zawsze robię tak, jakby chcieli. Nie przestałam twierdzić, że wiele rzeczy po drodze spieprzyli, ale kto z nas niczego nie spieprzył? Zdradzę Ci sekret - musisz im odpuścić, wziąć właśnie takich, jakich dostałeś. Nikomu nie ułatwisz życia, jeśli będziesz się czepiać, obrażać i rzucać słuchawką. To nie pomoże ani im, ani Tobie. Starali się wychować Cię jak najlepiej. Nawet jeśli teraz nie potrafisz w to uwierzyć. Nawet jeśli nadal jest w Tobie dużo złości. Nawet jeśli zarzucasz im, że nie zapisali cię na szermierkę, nie wspomogli w nauce dialektu mandaryńskiego i powiedzieli, że zajęcia z ceramiki to gówno. Teraz jesteś dorosły, a i tak żadnej z tych rzeczy nie robisz. Gdybyś naprawdę czegoś chciał, nic nie byłoby w stanie Cię zatrzymać. Dalej możesz osiągnąć sukces, ale czy potrafisz określić czym on dla Ciebie jest?


Ja niespecjalnie. Ten początek roku jest inny, może niekoniecznie gorszy, ale z pewnością nie lepszy. Dużo marudzę. Sporo narzekam. Zaraz skończę dwudziesty drugi rok życia, a dalej nie wiem co chcę robić (albo chcę za dużo, a wtedy jeszcze gorzej). Jestem sama, ale to już chyba bardziej rutynowa, błagalna o randkę modlitwa, niż ckliwe użalanie się. Boję się, martwię o to, że tak dużo rzeczy jeszcze nie wiem, że działam nie tak dobrze jak powinnam i że właśnie... dalej będę sama. Czepiam się. Standardowo jestem dobrym słuchaczem, więc nasiąkam problemami przyjaciół jak gąbka, a potem krzyczę, że odbierają mi prawo do smutku. Nie odbierają. Sama się drążę od wewnątrz, penetruję i rozwalam na kawałki. Tylko po co, skoro nie umiem się potem pozbierać? Coraz trudniej się mnie rozśmiesza, coraz gorzej czymś zatrzymuje w zaciekawieniu. Spędzam godziny w uniwersyteckiej bibliotece, przyglądam się ludziom, głaszczę książki po grzbietach. Wszystko wydaje mi się żałosne, bezsensowne i głupie.

A potem zdaję sesję, wracam do domu i tato naciska przycisk reset słowami: Dawaj  w góry. Nigdy nie jeździł na nartach, ale wie jak na to czekałam, więc mnie zabiera. I towarzyszy. Zjeżdża między maluchami na oślej łączce, przewraca się, sunie głową w dół, wstaje i pyta jak się skręca, zatrzymuje i robi slalom. Namawiam go na moją ukochaną Kopę. Pomimo szczypiącego w twarz mrozu i zerowej widoczności stoimy na punkcie widokowym, pijemy herbatę w schronisku, robimy orły w śniegu. Jemy nasze ulubione białe oscypki, spacerując przez opustoszałe lasy i zatrzymujemy się na najlepszego w świecie pstrąga w nieznanym nikomu zadupiu. Chichramy się przez cały czas, pstrykamy selfie, zakładamy raki na buty i jak najlepsi kierowcy zmieniamy się na trasie miejscami, żeby jedno mogło się przekimać i nakruszyć chipsami.



Nie oddałabym wygranego miliona, nie pogardziła pensją wyższą niż najniższa krajowa po moich studiach i pewnie wyszłabym za mąż za szejka, jeśli nadarzyłaby się okazja (przymierzałam hidżab - świetna sprawa z tym nieczesaniem). Biorąc jednak pod uwagę rzeczy, które mnie ostatnio cieszą, będę szczęśliwą żoną grubiutkiego nerda z tendencjami do sprośnych żartów, zamieszkam w drewnianej chacie na Mazurach i umrę, jedząc pampuchy.

Zaraz skończę dwudziesty drugi rok życia, dalej nie wiem, co chcę robić i prawdopodobnie z wielu przyczyn jeszcze pobędę sama. Boję się, marudzę. sporo narzekam. Ale teraz przytulam się do taty, całuję go w połysiały czubek głowy i idę z nim przez miasto pod rękę, mimo podejrzeń o relację starydziad-dziwnakochanka.

Jestem gotowa oddać wszystkie pieniądze świata, żeby czuć się tak zawsze.