poniedziałek, 11 kwietnia 2016

sztuka odpuszczania.

Redaktor naczelny ma podkrążone oczy. Nie powinno mnie to bardziej dziwić, bo sama jestem genetycznie naznaczona wizualnym niewyspaniem, ale jego sina skóra pod ślepiami to już apogeum zmęczenia. Dwa jądra ciemności, które nie pozwalają mi się skupić. "O 12.30 wracasz z trzydziestoma tematami" - podnoszę wzrok znad notesu i dostrzegam jak mnie penetrują, drążą i plądrują na wskroś. Zerkam na zegarek, zrywam z wieszaka płaszcz, a jego dwa ostatnie guziki zaczynają się turlać po podłodze.  W biegu łapię przypadkowy tramwaj. 1,5 godziny na dostrzeżenie trzydziestu rzeczy w mieście, które nie ciekawi mnie ani trochę.

Wczoraj leżałam na plaży. 


Ciągle jestem w przebudowie. Niedokończona, zmienna w trakcie planowania i chyba niegotowa na nic w życiu. Niby non-stop z nowymi pomysłami, ale ostatnio niczego nie kończę. Łatwo się denerwuję i wszystko mnie wkurza. Nie pozwalam sobie krzyczeć. Nie daję się wyprowadzać z równowagi. Naładowana jak najlepszy karabin czekam na odstrzał, ale nie mogę strzelić do samej siebie. A że mimo wszystko lubię ludzi - w ich też jakoś nie uchodzi celować. Nowa podróż jest wyjazdem na poligon.


Toruń to mój punkt na tegorocznej liście 25 rzeczy do zrobienia raz w roku. Co prawda Maciek ciągle powtarza, że Polskę będziemy zwiedzać, kiedy wyprodukujemy i odchowamy dzieciory, ale ja już od jakiegoś czasu czuję się mentalną emerytką, więc to chyba najwłaściwszy moment, żeby zdążyć przed autodestrukcyjną śmiercią. Dodatkowo jestem już na tym etapie życia, kiedy więcej rzeczy robię raczej z chęci, niż z przymusu i niespecjalnie zależy mi na udowadnianiu komukolwiek, czegokolwiek. Zwiedziłam naście krajów, karmiłam dzikie małpy i pływałam w oceanie,  a nigdy nie byłam w planetarium, nie zasmakowałam toruńskiego piernika i nie zrobiłam sobie zdjęcia przy pomniku Kopernika (szanujący się redaktor uznałby ten rym za błąd, ale mam to gdzieś). Podobno szczęścia się nie szuka daleko, ale dostrzega pod nosem, dlatego w tym roku na pulpit biorę rodzime miejsca. Śpię w tanim hostelu, piję piwo nad Wisłą i przez parę godzin przylepiam policzek do pociągowego okna.


Teraz bardziej niż kiedykolwiek odczuwam dorosłość. Chciałabym być niezależna, ale nikt nie daje licencji na samodzielność bez poczucia osamotnienia, więc znowu się martwię. Tym razem o wszystkie relacje, których albo nie ma wcale, albo są, ale jakieś takie półprzezroczyste. Kiedyś myślałam, że muszę mieć ich wszystkich przy sobie i ze sobą. Teraz uciekamy z hermetycznej przyjaźni, bo nie tylko sami nie oddychamy pełną piersią, ale i do całej paczki nie wpuszczamy świeżego powietrza. Jest monotematycznie, nudno, bez smaku. Tu we Wrocławiu mamy siebie za ścianą, ale zamiast być bliżej - jesteśmy chyba dalej.


Mamy nowych przyjaciół, partnerów i znajomych. Zaczęła się cała zabawa z licencjatami. Ktoś pracuje, ktoś działa w samorządzie. Ćwiczymy i leżymy. Jesteśmy inni. I jest nam coraz trudniej z tym walczyć. Mamy mniej czasu i chęci na bycie dla siebie. Łapiemy się gdzieś w biegu, po uczelni, w drodze na inne piwo. Wkurzamy i obrażamy się na siebie bardziej niż zwykle. Co ciekawiej wszyscy czujemy się tak samo odrzuceni, ale nikomu już się nie chce znowu o tym rozmawiać i próbować. Niby potrzebujemy się mocniej, ale czujemy się sobą bardziej zmęczeni. Odpuszczamy. Ale nie siebie. Niezupełnie. Nie związujemy się ciasno liną, zaczynamy żyć wolnowybiegowo. Dzięki temu na mecie i tak zbijamy piątki. Wszyscy wygrywamy, choć już z innym czasem i w inny sposób. To chyba dobrze, że przestaliśmy uchodzić za niezniszczalnych. Wychodzimy z toksycznej relacji, ale nie uciekamy. Kiedy tracimy poczucie bezpieczeństwa, chce nam się działać. Musimy się nauczyć sobie radzić bez siebie, ale mimo wszystko żyć w poczuciu, że ktoś nas trzyma za rękę. Choć wtedy trudniej się dorasta. A chyba już na nas czas. Na mnie z pewnością.


Mogę mówić, że jest mi ciężko. Ale to jak usprawiedliwianie samej siebie, że jestem nieobecna w swoim życiu. Nie staram się. Robię. Nie przyglądam. Biorę czynny udział. Skoro jestem już w Toruniu, to przy okazji, na parę godzin dobijam do Gdańska. Spędzam cudowny weekend. I choć w pociągu do Wrocławia od razu zasypiam ze zmęczenia, to czuję, że wracam z nową energią, nowymi decyzjami i siłą do latania. Następnego ranka zaczynam szlifować warsztat dziennikarski. Moje trzydzieści znalezionych tematów zostaje bezpardonowo olanych i bezwiednie wrzuconych do kosza. Moje małe skrzydła podcina się tekstami "O tym już pisaliśmy", "To jest mało ważne","Brak konkretów". Jest mi smutno, ale HEJ! dopiero uczę się latać.


Nigdy w życiu nie będę dziennikarką gazety codziennej. Nie umiem pisać krótko, treściwie i właściwie w ogóle sensownie. Nie chcę ograniczać się do tekstów, w których tylko pierwsze zdanie ma być najważniejsze. Nie czuję się dobrze biegając po mieście w poszukiwaniu nieszczęścia, które podniesie nakład. W dodatku pozyskiwanie kontaktów i szukanie dziury w całym wychodzi mi raczej średnio. Chcę się wysypiać i uśmiechać bez podkrążonych oczu. Robić coś, w czym będę szaleńczo zakochana. Nie wiem co to będzie. Szukam. Muszę być jednak pewna, że spróbowałam wszystkiego, że zobaczyłam to, co powinnam zanim odpuściłam. Nie chcę żałować, że wybrałam niewłaściwie, nie wiedząc jak wyglądają inne opcje.

Chyba nie ma ani jednej, beznadziejnej rzeczy zrobionej przeze mnie w  całym życiu, o której bym nie wiedziała, że robienie jej jest głupotą. Nawet jeśli się usprawiedliwiałam, najprawdziwsza część mnie wiedziała, zawsze wiedziała, że popełniam błąd. Zawsze. Z wiekiem uczę się już nie robić nic beznadziejnego, niczego wbrew sobie.


 Świat pokazuje mi jednak jak dużo jeszcze muszę się nauczyć.


środa, 17 lutego 2016

Nie chcę być bogata.

Ostatnio aktywnie uczestniczę w spotkaniach motywacyjnych. Szukam w mieście tych darmowych i jakkolwiek nie uważam, że są przez to gorsze. Szukam coachów, którzy nie powielają podręcznikowych schematów, ale przede wszystkim unikam tych, którzy są aroganckimi dupkami (czego zazwyczaj niestety sprawdzić nie można).  To typ człowieka, który doprowadza moją krew do wrzenia. "Mam to i to, więc jestem autorytetem. Musisz mnie słuchać. Chcieć żyć tak jak ja. Musisz zarabiać duże pieniądze i chcieć je wydawać." albo moje ulubione "Pieniądze szczęścia nie dają, tym co je mają." Sukces. Sukces. Sukces... Parę miesięcy temu wyszacowano roczne szczęście człowieka na 75.tys. dolarów. Im częściej trafiam na aroganckich dupków, tym bardziej nie chcę być bogata.


Mój tato skończył górnicze technikum, mama prześlizgnęła się przez zawodówkę i był czas, kiedy miałam z tego powodu straszny kompleks. Namawiałam rodziców na napisanie choćby matury i podrzucałam pod choinkę książki do nauki angielskiego. Generalnie nastoletni dramat. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu wierzyłam, że wykształcenie moich rodziców otworzy mi drzwi do świata intelektualistów. Wyobrażałam sobie jak rozmawiamy o Freudzie, komentujemy najświeższy performans Abramović i dyskutujemy o poczynaniach nowego rządu. Wiedziałam, że nie chcę żyć jak oni, mieszkać w zapyziałym Lubinie i pracować w miejscu, które nie wnosi do mojego życia nic, prócz pieniędzy. Chciałam być kobietą sukcesu i nie porzuciłam tej wizji, ale dziś definiuję sukces zupełnie inaczej.


Dziś nadal ulubioną lekturą w domu jest Kropka.TV, mama po opanowaniu facebooka komentuje czule moje każde zdjęcie, a tata burzy się w tureckim hotelu "non-stop klima problem. SKANDAL.SKANDAL". Są najszczęśliwszymi ludźmi, jakich znam. A ja dzisiejsza? Potrafię się z tego cieszyć, doceniam i możliwie wspieram. Żywo reaguję na każdy najmniejszy sukces, ale nade wszystko - szanuję to, co robią, kim są i czego chcą od życia. Mama mówi "Nie krzycz, wytłumacz, nauczę się, ale pomału.". To oni wychowali mnie na osobę, jaką jestem, stworzyli dom pełen miłości i pomagali w podejmowaniu decyzji, a przy tym nigdy nie powiedzieli jak mam żyć. Mam wolną rękę i zawsze miałam. Nawet wtedy, kiedy robiłam coś głupiego - dawali się pomylić. Dużo się nauczyłam. Wyszłam z wąskiego wiadra i przestałam ich kategoryzować przez pryzmat tego, czego nie mają. Tak, nie mieszkaliśmy w uroczym domku, nie mieliśmy nigdy auta z salonu i moja pierwsza lalka nie sikała, kiedy było to największym trendem. Nie karmimy się oczekiwaniami. Kochamy, więc od siebie wymagamy, ale bez wyścigów, porównywania się do innych, życia dla posiadania. Kiedy weekendowo przyjeżdżam do domu, najbardziej cieszę się na niedzielną, ojcowską jajecznicę, wiosenny wypad na działkę czy wieczór z planszówkami. A najbardziej na to, że ktoś tam zawsze na mnie czeka, że mój gimnazjalny brat dalej głośno mówi jak mnie kocha, a rodzice spacerują trzymając się za ręce. Najpiękniejsze rzeczy w życiu są za darmo.


Zrób sobie rodzinę. Niekoniecznie dziecko i przypadkowego, drapiącego się po brzuchu męża. Zrób coś z tą, którą już masz od zawsze. Kiedy przyjeżdżam do domu, wychodzę z rodzicami na piwo. Nie musimy jeść jarmużu z anchois, siedzieć w teatrze i rozmawiać o płycie Diany Krall. Mamy swój neutralny grunt, który odpowiada nam wszystkim. Zamawiamy ulubioną pizzę, obgadujemy krewnych, ja opowiadam o swoich bolączkach, a oni o pracy. Snujemy domowe anegdotki, parodiujemy siebie nawzajem, wybuchamy śmiechem, mówimy o sobie dobrze, ale też nie boimy się szczerości. Nie traktuję rodziców jak kumpli, traktuję  ich jak ludzi. Kiedy ja zmieniłam swoje buńczuczne nastawienie, przestałam się ich czepiać i chcieć naprawiać, oni przestali mi matkować, a zaczęli traktować jak dorosłego. Dzięki temu mam zdrową, prawdziwą relację. Nie spinam się, nie czepiam, z przyjemnością wracam do domu, a to co daję - dostaję w zamian.




Chcę być wdzięczna, bo kiedy znajduję powód do powiedzenia "dziękuję", znajduję też powód, dzięki któremu mogę być szczęśliwa. Nie koloryzuję moich rodziców. Nie zawsze się z nimi zgadzam. Nie zawsze robię tak, jakby chcieli. Nie przestałam twierdzić, że wiele rzeczy po drodze spieprzyli, ale kto z nas niczego nie spieprzył? Zdradzę Ci sekret - musisz im odpuścić, wziąć właśnie takich, jakich dostałeś. Nikomu nie ułatwisz życia, jeśli będziesz się czepiać, obrażać i rzucać słuchawką. To nie pomoże ani im, ani Tobie. Starali się wychować Cię jak najlepiej. Nawet jeśli teraz nie potrafisz w to uwierzyć. Nawet jeśli nadal jest w Tobie dużo złości. Nawet jeśli zarzucasz im, że nie zapisali cię na szermierkę, nie wspomogli w nauce dialektu mandaryńskiego i powiedzieli, że zajęcia z ceramiki to gówno. Teraz jesteś dorosły, a i tak żadnej z tych rzeczy nie robisz. Gdybyś naprawdę czegoś chciał, nic nie byłoby w stanie Cię zatrzymać. Dalej możesz osiągnąć sukces, ale czy potrafisz określić czym on dla Ciebie jest?


Ja niespecjalnie. Ten początek roku jest inny, może niekoniecznie gorszy, ale z pewnością nie lepszy. Dużo marudzę. Sporo narzekam. Zaraz skończę dwudziesty drugi rok życia, a dalej nie wiem co chcę robić (albo chcę za dużo, a wtedy jeszcze gorzej). Jestem sama, ale to już chyba bardziej rutynowa, błagalna o randkę modlitwa, niż ckliwe użalanie się. Boję się, martwię o to, że tak dużo rzeczy jeszcze nie wiem, że działam nie tak dobrze jak powinnam i że właśnie... dalej będę sama. Czepiam się. Standardowo jestem dobrym słuchaczem, więc nasiąkam problemami przyjaciół jak gąbka, a potem krzyczę, że odbierają mi prawo do smutku. Nie odbierają. Sama się drążę od wewnątrz, penetruję i rozwalam na kawałki. Tylko po co, skoro nie umiem się potem pozbierać? Coraz trudniej się mnie rozśmiesza, coraz gorzej czymś zatrzymuje w zaciekawieniu. Spędzam godziny w uniwersyteckiej bibliotece, przyglądam się ludziom, głaszczę książki po grzbietach. Wszystko wydaje mi się żałosne, bezsensowne i głupie.

A potem zdaję sesję, wracam do domu i tato naciska przycisk reset słowami: Dawaj  w góry. Nigdy nie jeździł na nartach, ale wie jak na to czekałam, więc mnie zabiera. I towarzyszy. Zjeżdża między maluchami na oślej łączce, przewraca się, sunie głową w dół, wstaje i pyta jak się skręca, zatrzymuje i robi slalom. Namawiam go na moją ukochaną Kopę. Pomimo szczypiącego w twarz mrozu i zerowej widoczności stoimy na punkcie widokowym, pijemy herbatę w schronisku, robimy orły w śniegu. Jemy nasze ulubione białe oscypki, spacerując przez opustoszałe lasy i zatrzymujemy się na najlepszego w świecie pstrąga w nieznanym nikomu zadupiu. Chichramy się przez cały czas, pstrykamy selfie, zakładamy raki na buty i jak najlepsi kierowcy zmieniamy się na trasie miejscami, żeby jedno mogło się przekimać i nakruszyć chipsami.



Nie oddałabym wygranego miliona, nie pogardziła pensją wyższą niż najniższa krajowa po moich studiach i pewnie wyszłabym za mąż za szejka, jeśli nadarzyłaby się okazja (przymierzałam hidżab - świetna sprawa z tym nieczesaniem). Biorąc jednak pod uwagę rzeczy, które mnie ostatnio cieszą, będę szczęśliwą żoną grubiutkiego nerda z tendencjami do sprośnych żartów, zamieszkam w drewnianej chacie na Mazurach i umrę, jedząc pampuchy.

Zaraz skończę dwudziesty drugi rok życia, dalej nie wiem, co chcę robić i prawdopodobnie z wielu przyczyn jeszcze pobędę sama. Boję się, marudzę. sporo narzekam. Ale teraz przytulam się do taty, całuję go w połysiały czubek głowy i idę z nim przez miasto pod rękę, mimo podejrzeń o relację starydziad-dziwnakochanka.

Jestem gotowa oddać wszystkie pieniądze świata, żeby czuć się tak zawsze.


czwartek, 14 stycznia 2016

Jak być ze sobą okey?

Zdarzyło się tak szczęśliwie w ostatnim roku, że wygrałam udział w warsztatach z Cosmopolitan. Akademia Siła Kobiecości zapewniła mi cały dzień rozrywki, morza motywacji, kupę wzruszeń i bolącego od śmiechu brzucha w samym sercu redakcji. Spotkałam się z paroma celebrytkami, jadłam hipsterskie dania, robiłam zdjęcia z Grzesiakiem i ostatecznie... przeszłam ubraniową metamorfozę. Numer z odmienioną mną ukazał się co prawda w październiku, ale dziś wracam do tego wspomnienia, ponieważ z początkiem stycznia znalazłam w sieci TAKĄ OTO historię z moim udziałem i uśmiechnęłam się.

Znam siebie zbyt dobrze.



A ty?

Po latach walki z kompleksami, stosowania długodystansowych diet, które kończyły się zbyt szybko, biegania i sapania, krótkiego spania, a także finansowego przebrnięcia przez grono kosmetycznych nowinek - umiem uśmiechać się do odbicia w lustrze. Właśnie wtedy, kiedy nie widać żadnego efektu z wyżej wymienionych przeżyć, właśnie wtedy, kiedy przez swoją puchową, zimową kurtkę zyskałam pseudonim pampucha i właśnie wtedy, kiedy na udach widzę pierwsze cellulitowe bruzdy. Mam wreszcie odwagę powiedzieć Wam, ale przede wszystkim sobie, że uważam siebie za niezłą babkę. Nie dlatego, że mam jakieś chore fetysze czy niepodpartą niczym pewność siebie, ale dlatego, że żyję i czuję się ze sobą okey. Chcę Was tym zarazić. I jeśli uda mi się przesłać tego wirusa na chociaż jedną osobę, to znowu urosnę o parę centymetrów (choć po cichutku liczę, że jednak nie wszerz). 


Poczucie własnej wartości


Od tego wyjdźmy. Czy znasz swoją wartość? Czy nie jest ona zaniżona, a może przeciwnie - sam sobie stawiasz piedestały? Myślę, że każdy z Was (jeśli nie sam) ma w swoim otoczeniu osobę, która wiecznie narzeka. Nie mogę już znieść tego "Jestem taka gruba" z ust 50-kilowej dziewczyny,"Mam wyłupiaste oczy" - kiedy są duże i piękne, czy chociażby "galaretowate uda", gdy spodnie 34. Zastanawiam się po co, a potem sama skrzętnie zakrywam dekolt i marzę o operacji nosa. Utarło się przekonanie, że musimy być jacyś.
 


  
 

Dlaczego nie chcesz być właśnie takim, jakim już jesteś?

 

...ponieważ prawdopodobnie siebie nie lubisz


Ile razy pukałeś się w głowę, widząc, że ona jest z tym cynikiem, a on znosi ją mimo propagowania idei focharstwa? To paradoksalnie i moja bolączka. Odrzucam potencjalnych kandydatów na zbudowanie szczęśliwego związku przez nadmierne analizowanie braków. A przecież ludzie się kochają! Z tymi niepozmywanymi naczyniami, nadmiernymi kilogramami, przerośniętym ego i z za słoną zupą (choć to ostanie w nawias, bo ponoć biją). Chcę powiedzieć, że mamy jakiś globalnym problem z braniem tego do siebie. Z braniem tej miłości, rzecz jasna. Pawlikowska mówi: 
Kocham i jestem kochana. Nie dlatego, że ktoś z zewnątrz daje mi miłość, ale dlatego, że ja sama umiem kochać siebie.. Ja mówię: zacznij od napisania na lustrze "Jesteś super" i uśmiechnij się do siebie na początek dnia. Nikt Cię tak nie powita, jak ty sam . Mały krok dla lustra, ogromny dla przebywającej z Tobą ludzkości (czyli także Ciebie, bo musisz się stety znosić). Spróbuj trzymać się myśli "Jestem super", a potem stań na parę minut w pozycji superbohatera, o TAK.




Pokochaj normalność.


Nie uwierzę, że żadne z Was chociaż raz nie zrobiło zdjęcia efektownej potrawy, że nie kupiliście czegoś ze względu na metkę i że trendsetterski cydr początkowo nie podjeżdżał tanim jabcakiem pana Wieśka. Najlepsze potrawy są absolutnie niefotogeniczne, a przecież  w gruncie rzeczy wielka jest nasza miłość do pierogów i mielonych. Bądź mielonym. Bigosem, rosołem, schabowym, albo właśnie pampuchem. Może nie brzmi to najlepiej, ale najlepiej obrazuje to, co chcę przekazać. Znasz swój smak, wiesz jak dobry być potrafisz. Prawdopodobnie wszyscy kołczowie świata palą mnie teraz na stosie za potencjalne propagowanie idei wygodnictwa, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, żebyście kochali siebie wtedy, kiedy na zdjęciu macie dziesiąty podbródek, mimo braku przywiązania do hinduizmu na porannym czole dostrzegacie czerwoną kropę, a współlokator sugestywnie opowiada o nowych metodach depilacji. Spoko jak jest spoko. Spoko jest być mielonym. Spoko sobą. I ze sobą.

 

Szanuj

 

Nie tylko zieleń (choć powinieneś). Moi bliscy mają inne poglądy polityczne niż ja, wierzą w inne rzeczy lub nie wierzą wcale. Piją i nie piją. Palą i nie palą. Jedzą... a nie - to akurat wszyscy. Niektórzy cierpią na bezsenność, a jeden nierzadko śpi do południa. Każdy z nich na pewno kieruje się innymi wartościami i ma inne przekonania w życiu na temat życia. Mimo tego trzymamy się razem. Szanuję prawo do innego zdania niż moje, a nawet cieszę się, jeśli ktoś takowe ma (bo rozmowa ciekawsza). Nie ma we mnie zgody na mówienie komuś jak ma żyć. Ufam, że wszyscy możemy być różni i nie zgrzytać przy tym zębami. Dzięki różnorodności możemy się nieustannie od siebie uczyć. Hejting jest niezdrowy. Odpuść. Kochaj. Przepraszaj i dziękuj. Bądź przyzwoity i dobry, bo to się zwraca - choć nie zawsze - ale i z tym trzeba sobie radzić przyzwoitością. Uśmiechnij się do pani w sklepie, powiedz koleżance, że dobrze wygląda (jeśli naprawdę tak myślisz, bo kłamać nie wolno) i zagadaj kogoś przypadkowego w autobusie (ludzie w komunikacji miejskiej są fascynujący! patrz -> ja). Wnoś do świata to, co chcesz od niego otrzymywać.

 

 Jedź w cholerę

 

...albo i dalej. Podróże są ważne. Mój tegoroczny budżet co prawda nie przewiduje w najbliższych miesiącach zagranicznych eskapad, ale na pewno nie odmówię sobie wycieczki do Torunia (bo i czemu nie tam?) czy bycia w polskich górach o każdej porze roku (taki mam challange na 2016). Ucieknij od siebie, jeśli musisz. Zostaw to, co musisz zostawić. Styczeń to dla mnie taki poniedziałek w ciągu roku - rzucona na gorący olej popadam w stan nieuzasadnionego przygnębienia. Jeśli nie potrafisz określić jasnej przyczyny swojego smutku - pojedź w ciemno. Czasami, kiedy jestem w rodzinnym mieście wsiadam do auta i krążę po pustych ulicach, we Wrocławiu wsiadam w przypadkowe tramwaje, ale tak naprawdę od lat noszę się z zamiarem zabrania przyjaciela i ruszenia donikąd (obstawiam, że w tym roku ktoś dostanie ode mnie taki prezent urodzinowy). Widzisz w życiu bywa tak, że musisz się zgubić, by znaleźć drogę. Zacznij od spaceru. Teraz.


Nie dawaj się


Jestem tak skonstruowana, żeby działać multi-zadaniowo, ale rozumiem to dopiero teraz. Jako nastolatka cierpiałam na nijakość i bardzo mi ciążyło, że nie umiałam się wpisać do żadnej z grup czy  ram. Jakoś tak potrzebujemy się zamknąć w szufladzie, poczuć, że do czegoś należymy i że powinniśmy gdzieś pasować. Nie kieruj się opiniami innych. Rób to, na co masz ochotę i co w danym momencie czujesz. Zbagatelizuj wszystkie nieprzemyślane życzenia z cyklu "Nigdy się nie zmieniaj.", bo zmieniać się musisz, żeby iść do przodu. W życiu wydarzy się jeszcze ogrom rzeczy, spodoba Ci się coś, czego teraz nie lubisz, ktoś Cię kopnie w dupę, ktoś pocałuje - to wszystko będzie kształtować osobę, którą jesteś. A nie jesteś słowami innych ludzi, ba - mało tego - nie jesteś myślami samego siebie. Nie pozwól sobie żyć przekonaniami na Twój temat, nie przyzwyczajaj za długo ludzi do tego, jaki jesteś. Nie daj się oswoić - zaskakuj, szczekaj i gryź kiedy trzeba. Broń tego, co uważasz za słuszne. Dwie pierwsze reakcje na pytanie o moje studia, to dwa inne pytania: "Co będziesz z tego miała?" i "Po co to robić?". Staram się wtedy nie mieć ciśnienia pięćset, ale brak wiary w drugiego człowieka zawsze boli. Tak samo, kiedy słyszysz, że gdzieś czegoś masz za dużo, albo, że się na czymś nie znasz. I że zawsze będziesz sama. Nie przepraszaj, nie przytakuj i broń Cię borze i gaju, żebyś się w tych wszystkich sytuacjach śmiał się z samego siebie. W Twoim życiu jest miejsce na złość. Masz prawo krzyczeć, płakać i eksplodować. Chwile, w których rozpadamy się na miliony kawałków mówią o nas najwięcej. Pozwól sobie na upadek, a potem podnieś rękawice i oddaj. Nie zostałeś stworzony do bycia ofiarą.


Stojąc w redakcyjnej przymierzalni pomodlę się, żeby za małe o dwa rozmiary spodnie choćby wsunęły się na moje pośladki. Na wystylizowanym zdjęciu będę miała na sobie za duże, człapiące szpilki i karmelową kamizelkę, która skrzętnie zasłoni rozdziawiony jak moja uśmiechnięta gęba rozporek. Nos zabłyszczy pełnym sebum blaskiem, powieki przymkną się pijackim gestem, a włosy radośnie oklapną na cztery strony świata. Po serii zdjęć przebiorę się w oversizową bluzę imitującą sukienkę i do niczego niepasujące buty. Wrócę do hostelu na ostatnim piętrze akademika i zapakuję do plecaka pozostałości po śniadaniu - paczkę kabanosów i żółtego sera. Potem pochodzę jeszcze trochę po przemokniętej Warszawie, zgubię się dziesięciokrotnie i zajmę miejsce w pociągu do Wrocławia. "Szefowo, czy szefowej będzie przeszkadzało, jeśli otworzę sobie puszkę piwa?" - zagada jedyny w przedziale pasażer optymista. Uśmiechnę się. Znam siebie zbyt dobrze.



A ty?


środa, 23 grudnia 2015

25 rzeczy, które zrobiłam raz w roku.

Cholerny listopadowy dzień. Jeden z tych z deszczem i mgłą ograniczającą widoczność na wyciągnięcie ręki. Prawdopodobnie mam przy czole aureolę poskręcanych od mżawki włosów i zaschnięte ślady błota na nogawkach czarnych spodni. Wyciągam z kieszeni ostatniego kabanosa i rozkoszuję się nim w ustach, jakby był ostatnim posiłkiem w życiu. Jest wilgotno. Robi się zimno i ciemno. A my jesteśmy buk wie gdzie w środku lasu. Każdy hałas dobiegający zza krzaków przyspiesza bicie mojego serca. Nie rozglądam się na boki, żeby nie zobaczyć czegoś, czego zobaczyć nie powinnam. Śpiewam żołnierskie piosenki na całe gardło. Nie boję się. Nie boję się niczego.

Już.



Mam je przy sobie. Mam je ze sobą i za sobą. Są jak tarcza. Chcę o nich pamiętać.

1. Obejrzałam film dokumentalny na temat, który nic mi nie mówił

Czatowałam na produkcję o scjentologach. HBO wydało na prawników tyle kasy, żeby go zrobić, że nawet nie śmiem wątpić w jego moc i autentyczność. Właściwie nie wiem czemu tak bardzo ciągnęło mnie do tego tematu (może przez Smitha i Cruisa, których kocham), niemniej zainteresowały mnie recenzje i kontrowersje, a niemożność zdobycia go - tylko wznieciła ogień.  Zamiast tego trafiłam na Amy. Film zebrał kupę nagród i świetne opinie moich znajomych, dlatego skusiłam się, wiedząc tylko, że chcieli ją wziąć na odwyk, a ona mówiła NIE NIE NIE.


2.Umówiłam się na spotkanie z kimś, z kim kontakt urwał się sam z siebie.

Nie widziałam się z Pauliną dwa lata. Z mniejszych, większych przyczyn, ale zwyczajnie, bez kłótni - ten czas przeleciał nam przez palce, wydarzył się ogrom rzeczy i przy żadnej z nich nie byłyśmy obok siebie. Dobrze było do niej napisać, dobrze było się z nią w końcu umówić, zobaczyć - tym bardziej, że nie udało się to nikomu z grona naszych wspólnych znajomych. Jak wyglądają spotkania po takim czasie ? Skłamałabym, mówiąc, że nie inaczej. Niby neutralnie, normalnie, ale jest tyle rzeczy, które Cię interesują, że nie wiesz o co zapytać. Pytałam o niewiele, o najświeższe rzeczy, jakby tej luki czasowej wcale nie było. I było dobrze. Zwyczajnie dobrze. Mam nadzieję, że będziemy to powtarzać. Częściej.


3.Dałam komuś bliskiemu prezent bez powodu.

To nie było nic wielkiego. Koperta bąbelkowa wypełniona po brzegi słodyczami poleciała w sesyjnym okresie do Poznania do moich byłych współlokatorek, które niezaprzeczalnie na nią zasługiwały. Martyna i Gosia umilały mi codzienność w nie najlepszym momencie mojego życia, stąd ja postanowiłam ją umilić im.  Czasami w życiu chodzi o to, żeby było miło. Dlatego w grudniu kontynuowałam tą myśl i napisałam 21 listów do 21 bliskich mi osób. Dobre słowo, to często najlepsze, co możemy dostać.


4.Nauczyłam się przyrządzać w kuchni jedną spektakularną rzecz.

Lubię gotować równie bardzo jak eksperymentować. Eksperymenty te wychodzą w większym lub mniejszym stopniu (pewnego dnia zamiast podlać mięso pitnym miodem, użyłam wysokoprocentowej nalewki z pigwy), ale zawsze sprawiają mi mnóstwo radości. Robię świetną tartę limonkową, dalej jestem królową gyrosowej sałatki i po hiszpańskich wojażach radzę sobie z paellą, ale muszę przyznać, że personalnym hitem w tym roku był... rosół. Głównie dlatego, że przed studiami nigdy nie ugotowałam żadnej zupy i kiedy poradziłam sobie  z bulionem, poleciało dalej. Dobry rosół, robi dobry dzień. Szczególnie jeśli ma się grypę, okres, albo kaca. Dobry rosół, to dobra gospodyni. Zapraszam.


5. Zrobiłam sobie dzień dziecka

Bardzo starałam się zwalczyć jesienną chandrę - ba ! mało tego - chciałam ją zupełnie ominąć. Potem przyszedł październik i mnie pokonał. Po zajęciach weszłam do łóżka i nie wychodziłam z niego do następnego ranka. Kiedy w nocy zadzwonił do mnie Michał, zaczęłam mu żałośnie ryczeć do słuchawki. Przyniósł trzy butelki wina i worek słodyczy. Spędziliśmy cały weekend na oglądaniu filmów, siedzeniu w dresach i wieczornych eskapadach do monopolowego. Nie kąpaliśmy się, ja nie malowałam, a on nie zmieniał skarpetek. Opychaliśmy się pizzą i tańczyliśmy z Taylor Swift. Święto trolla w wersji dla dorosłych. Najlepsza psychoterapia. Totalny reset od rzeczywistości.


 6.Zrobiłam czystkę fizyczną

Wywaliłam ciuchy z szafy. W końcu bez pieprzenia się i użalania. Niektóre bluzki trzymałam od gimnazjum. Skończyłam z sentymentami. Wywaliłam ciasne ciuchy, do których już nie schudnę i takie, przy których kupowaniu musiałam być niespełna rozumu. Zrobiłam miejsce na nowe, a stare oddałam potrzebującym. Wywalanie to wyzwalające uczucie. Zamyka przeczytane rozdziały. Pozwala skończyć ze sobą w bezpieczny sposób. Koniecznie spróbujcie !

a nuż widelec wygracie metamorfozę w super drogich ciuchach

7. Zrobiłam czystkę wirtualną.

Nie będę Was oszukiwać. Ratowałam mój komputer rękami i nogami, ale obawiałam się wybuchu, więc wymieniłam go na nowszy model. Zdjęcia zgrywam od razu na dysk internetowy, dbam o antywirusa, usuwam rzeczy, z których nie korzystam, uczelniane dokumenty zapisuję na pendrivach. Jeśli chodzi o internet - poblokowałam większość zdjęć na facebooku (którymi tak chętnie dzieliła się młodsza wersja mnie), zadbałam o prywatność swojego profilu, ograniczyłam wirtualne znajomości do minimum (no hurt feelings). Nie muszę już też wszystkiego opisywać na blogu, dzielić się problemami, czy chwalić sukcesami, ale chcę tu jeszcze zaglądać, pisać raz na jakiś czas, przykleić kilka zdjęć na dłużej. Blog to kawał mojego życia i spora część mnie. Jest jak historia choroby, do której mogę zaglądać i analizować jak stopniowo dochodziłam do zdrowia i... siebie. Wiem jak duży wpływ wywarł na mnie, dlatego nie mam zamiaru porzucać go w pełni. Uporządkowałam blog graficznie, ale nie usunęłam ani jednego słowa. Nie wstydzę się tego gdzie byłam. Jestem lepsza tutaj.


8. Uporządkowałam na nowo książki, filmy, gry(?) i muzykę.

Kolorystycznie, a jak !


 9.Poszłam do lekarza i zrobiłam podstawowe badania

...ale najpierw zemdlałam w tramwaju i pojechałam na pogotowie. Tam zostałam poinformowana o 9-godzinnym czasie oczekiwania i wróciłam do domu. W nocy Maciek awaryjnie już, jechał ze mną na inną izbę przyjęć. Zaczęłam przykuwać uwagę do tego JAK żyję - nie tylko pod względem psychicznym i rozwojowym. Od tego roku stale dbam o to, żeby przynajmniej raz dziennie być na powietrzu. Wysypiam się. Nigdy nie wychodzę bez śniadania i codziennie na czczo wypijam kubek ciepłej wody z miodem i  cytryną. Ruszam się, choć prawdopodobnie ważę teraz najwięcej w życiu, ale paradoksalnie nigdy nie czułam się lepiej w swoim ciele. Nie daję się zwariować i nie panikuję - unikam stresu, nie tłumię emocji - dużo rozmawiam o tym, co czuję. Ostatnio chodzę na jogę i basen. Interesuję się zawartością swojego jedzenia, ale nie daję się zwariować. Wszystko jest dla ludzi. Zwłaszcza pizza i wino z granatu.


10. Posłuchałam The Sunscreen Song 

Cholera. Słuchajcie to przynajmniej raz w miesiącu.
I przeczytajcie "Dziką Drogę".
W tym roku wszystko, co miało cokolwiek wspólnego z motywowaniem i samorozwojem, przykuwało moją uwagę. To super, że o tych tematach robi się  coraz głośniej. Ludzie potrzebują wsparcia na każdym kroku. Bardzo się ostatnio pilnowałam, żeby nikogo nie krytykować i nikomu nie podcinać skrzydeł. Jeśli czegoś nie rozumiem, staram się to lepiej poznać, a potem zaakceptować. Pozwalam, żeby każdy szedł swoją drogą i odgrywał swoje życie na własny sposób. Nikt nie potrzebuje doradców, ale wszyscy potrzebujemy wsparcia i zrozumienia. 


11. Wkręciłam się w coś nowego

Zapierałam się rękami i nogami przed zakupem smartfona. Nie jestem gadżeciarą, ale wiem jak działają na mnie nowinki technologiczne, kiedy je sobie w końcu sprawię. Kiedy założyłam konto na instagramie, wpadłam jak śliwka w kompot. Od czasu posiadania fotobloga - nic nie obudziło we mnie takiej chęci do amatorskiego fotografowania i udostępniania swojego życia. Z listopadem przystopowałam, ale moje poczynania i codzienność możecie nadal oglądać tutaj. Ostatnio działam także na snapchacie, buduje tam poczucie humoru i pewien rodzaj dystansu do tego, co mnie otacza. Instagrama zatem chciałam uporządkować i zminimalizować, ale nie mam serca, żeby usunąć którekolwiek ze zdjęć. Tak więc, jest taki rozlazły i ciapaty - zupełnie jak właścicielka.
A. I nauczyłam się szydełkować z włosko-niemieckich kursów na youtube. Mega odprężająca, odmóżdżająca frajda, serio. Nie martwię się o emeryturę.


12. Wypisałam sobie jeden cel i po prostu go osiągnęłam

Pamiętam jak siedziałam z Kaliną we wrześniu w kawiarni i słuchałam jej dalekosiężnych planów o wielkich podróżach i wielkich wydarzeniach. Pamiętam jak zapytała mnie o moje plany, a ja nie umiałam jej odpowiedzieć. Jako główny cel przed nowym rokiem akademickim, podałam wymyślenie tematu do pracy licencjackiej, ale tak naprawdę miałam to głęboko w dupie i moja praca licencjacka była gdzieś wtedy bardzo bardzo daleko ode mnie (właściwie dalej jest). W ostatnim roku cele robiły się same. Po paru bolesnych latach życia z nadprogramowym biustem, udało mi się w końcu kupić idealny biustonosz, nauczyłam się parkować, przeczytałam całą Biblię, nauczyłam się pić wodę, pływałam w oceanie i podjęłam się drugiego, fascynującego kierunku studiów (wbrew marnym opiniom). W moim życiu bardzo wiele dobrych rzeczy wydarzyło się z przypadku, dlatego sam główny cel dał o sobie znać dopiero pod koniec roku. Jestem szczęśliwa ze sobą. Wreszcie niczego nikomu nie udowadniam, niczego nie udaję. Robię rzeczy, z których jestem dumna. Nie odmawiam sobie przyjemności z życia. Po prostu się nim cieszę. Tego zawsze chciałam - wewnętrznego spokoju.


13. Przeczytałam książkę uznawaną za kultową

Myślę, że są książki na które w danym momencie życia po prostu nie jesteśmy gotowi. Mam tak z "Lalką" - ilekroć ktoś o niej wspomni, zabieram się za czytanie. W te wakacje woziłam ją ze sobą dosłownie wszędzie, a starania i tak spełzły na niczym. Odpuściłam. Poczekam jeszcze, dojrzeję. Może znajdę trzeci kierunek, który mnie do niej zmusi. Przecież w  związku z tym, że moje studia generalnie bazują na literaturze -  i tak czytam dużo. Dużo dziwnych, momentami absurdalnych i nierzadko zbereźnych książek. Uzbierałby się też cały zestaw klasyków, ale żaden nie spodobał mi się tak bardzo, jak "Duma i uprzedzenie", którą zabrałam ze sobą w podróż po Europie.  Jestem absolutnie, niepodważalnie zakochana w Panu Darcym. Spaliłam dupę, romansując z nim na plaży.


14. Obejrzałam film uznany za kultowy

Na pierwszym semestrze porównywałam mimikę Audrey Hepburn do gestów Meryl Streep. Do napisania takiej pracy przeleciałam przez sporą część kinematografii z tą pierwszą. Odhaczyłam "Śniadanie u Tiffany'ego" i "Rzymskie wakacje". Lubię romantyczne filmy z lat '50. Klimat tamtejszych metropolii. Filmowych dżentelmenów i banalne sceny pocałunków w deszczu. Bez kotów.


15. "Domknęłam" wszystkie książki, komiksy, gry, filmy i seriale.

Tym sposobem oglądam na bieżąco dwa seriale, czytam jedną serię komiksów, jeden magazyn, nie gram w żadne gry i pilnuję na bieżąco dobrego kina, a wszystko, co obejrzałam - możecie obejrzeć TUTAJ.
Rzadko, ale jednak pisuję też wiersze, o TU.

 16. Zadałam sobie TE 21 pytań

Zrobiłam też wszystkie ćwiczenia z "Success and Change" Mateusza Grzesiaka. To jak rachunek sumienia. Odpuściłam ludzi, którzy odpuścili mnie. Przestałam być najbardziej żałosnym, kompleksiarskim wydaniem kobiety. Uświadomiłam sobie, co jest dla mnie naprawdę ważne. Wspierałam akcje charytatywne. Odwiedziłam sporo miejsc, których nie znałam. Nauczyłam się trzymać siebie dla siebie i spełniłam więcej niż jedno marzenie.


 17. Przeanalizowałam swoje cele, ambicje i aspiracje.

Ułatwiły mi to koleżanki ze studiów. Na grupową wigilijkę zamiast tradycyjnych upominków, każda o każdej wyskrobała dziesięć zdań opisujących teraźniejszą wersję i tę o 10 lat starszą. Takie zestawienie nie tylko dało mi do zrozumienia jak mnie widzą ludzie teraz, ale i pokazało w jaką stronę zmierzam. To był jeden z najlepszych świątecznych prezentów w moim życiu, bo pomógł mi zobaczyć siebie z boku. Mam dobry profil.... na życie.


18. Przypomniałam sobie sytuacje z których "wyszłam żywa".

Notorycznie odwołuję się do swoich wpisów z Poznania. Wiem, że to temat rzeka jak odgrzewane ziemniaki, ale lubię do niego wracać. Lubię mieć świadomość, że po ekonomicznych studiach, smażeniu naleśników i odejściu bliskich - przyszedł lepszy czas. Lubię myśleć, że udało mi się podnieść z niezłego bagna i wyjść cało z rzeczy, które wtedy wydawały się nie do przejścia. To mi daje siłę i sprawia, że bardziej doceniam to, co mam teraz. Pozwalam się sobie tym cieszyć do znudzenia. Karma.


19.Zrobiłam sobie tydzień minimalnego życia.

Publikując w internecie gorące zdjęcia z Gibraltaru, Lagos czy Paryża - siedziałam na hotelowej podłodze. Przez tydzień jadłam pasztety, zupki chińskie i słoikowe specjały, dzięki czemu moje ciało i skóra przypominały zawartość jedzonych posiłków. Byłam tak spłukana, że nie mając kasy na metro - zwiedziłam całą Barcelonę na piechotę. Zamiast makijażu - ciemne okulary, stylowych, letnich koturn - jedna para adidasów, przewiewnych sukienek - ostatnie, czyste szorty. W dodatku zapomniałam aparatu, więc wakacyjne wspomnienia wydawały się być kompletnie pogrzebane. W życiu nie czułam się tak brudna, spocona, zmęczona i... prawdziwie wolna, zauroczona światem, pogodzona ze stanem rzeczy. Zadowolona z tego co mam, gdzie jestem i kim jestem.



20. Odwiedziłam nieznane mi miejsce

Kiedy po paru dniach jazdy autokarem, przyjechałam do Portugalii - była jak ziemia obiecana. Nie było bata, że mi się nie spodoba, ale nie sądziłam, że aż tak. Zdałam sobie sprawę, jak niewiele wiem o tym kraju i chyba dlatego zakochałam się po uszy. Nie miałam żadnych oczekiwań, żadnych informacji na temat lokalnych zwyczajów, kuchni, czy warunków. To było jak błądzenie po omacku. Odkrywałam to miejsce każdym ze zmysłów i nie miałam dosyć. Mam apetyt na więcej i po cichutku liczę na Lizbonę w niedalekiej przyszłości (poświęciłam ją na rzecz gibraltarskiej wyprawy). Poza tym jak emigrować z kraju, to tylko do Szwecji. Nigdzie nie widziałam spokojniejszych i bardziej szczęśliwych ludzi.



21. Zorganizowałam prawdziwą randkę*.

Uczcijmy moje życie uczuciowe minutą ciszy.


Ten na którego czekam i tak się już porządnie spóźnia. Dlatego z tym punktem był pewien problem.  Lubię dawać siebie, a potem pouczać jak należy się odwdzięczać. I nie znoszę w sobie tej cechy, ale łaszenie mojego ego i docenianie, to coś czego potrzebuję. Poza tym.. gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy ? Nie zorganizowałam prawdziwej randki. Bo znowu nie miałam jej dla kogo zorganizować. Spędziłam masę śniadań, obiadów i kolacji w towarzystwie przyjaciół. Chodziłam z nimi do kina, na długie spacery i upijałam się winem. Byliśmy na wakacjach. Latem pływaliśmy razem na kajakach, zimą rozmawialiśmy w łóżku do wchodu słońca i karmiliśmy się truskawkami. Śmiałam się i doskonale bawiłam. Kłóciłam się i byłam zołzowata. Ale nie mogę powiedzieć, że wykonałam to zadanie, przynajmniej w pełni. Wkładałam serce w czas spędzony z bliskimi, przygotowywałam się pieczołowicie do wyjść, stroiłam w kiecki, kupowałam bilety, gotowałam, zapalałam świece (co skończyło się płonącymi firankami) i pare razy, wbrew sobie dałam się nawet namówić na clubbing. Dbałam o to, żeby mówić kocham, choćby rodzicom (kiedy Wasi słyszeli to ostatnio ?). W nic tak nie wierzę, jak w moc tych 6 liter. Kilka moich kocham musi wystarczyć za sto idealnych randek.

22. Kupiłam kredę i narysowałam coś na chodniku.

Kilka dni temu, bo zupełnie o tym zapomniałam. Zimą ma większy odbiór. Poza tym uważam, że kreda to tylko pretekst, że nawet kiedy jest się starym, skapciałym i dresowym studentem (jak ja) - trzeba się pobudzać do kreatywnych przebłysków. Trzeba lepić z masy solnej, malować bombki i składać motyle z origami. Nawet jeśli wydaje Ci się to głupie i bez sensu. Nie jest.


 23. Kupiłam sobie coś uświadamiającego mi moje marzenia i pozycję.

Na Gibraltar jechało się czternaście godzin, na miejscu było cztery. Wycieczka fakultatywna, której podczas eurotripu podjęło się sześć osób - kosztowała mnie dodatkowe 80 eurasów do wakacji (nie licząc specjalnie kupionych, wabiących małpy bananów i najdroższego whoopera w życiu). To było kompletnie bezmyślne i bezsensowne. W dodatku zabrało mi cały dzień z pobytu w Portugalii, ale ! zdjęcia z wolno żyjącymi małpami, bycia między dwoma kontynentami i wypatrywania dzikich delifnów - nie zastąpię niczym innym. To były najpiękniej spożytkowane pieniądze w moim życiu. Chociaż nie śpiewałam po drodze popowych piosenek jak Aga - cieszyłam się równie mocno. W tym roku podróżowałam więcej niż zwykle, bo czułam potrzebę szukania swojego miejsca na ziemi.

 

24. Poznałam jedną obcą mi kulturę

Zabrałam babcię na Mazury. A właściwie myślę, że zabrałyśmy się tam obie. Niemal codziennie odwiedzałyśmy inne miejsce, naszych innych krewnych, inne jeziora. Jadłyśmy świeżozłowione ryby i oglądałyśmy zachody Słońca na zapadniętych pomostach. Chodziłyśmy boso po trawie, a sama babcia - przeskakiwała przez płoty, żeby choćby pomoczyć stopy w "swojej" rzeczce. Poznałam jej kulturę, świat, w którym żyła, miejsca i ludzi, których kochała. Średnia wieku mojego towarzystwa wynosiła 80 lat, ale to był najbardziej pouczający i refleksyjny wyjazd w całym moim życiu. Na Mazurach wszystko jest uboższe, mniej skomercjalizowane, ale takiego spokoju ducha nie ma żaden inny region. Poza tym przebywanie non-stop w towarzystwie czterokrotnie starszym od ciebie uczy pokory, cierpliwości i szacunku do życia. Słuchając ich wspomnień, myślałam o tym jak będą wyglądać moje własne.


25. Nie czekałam

Najlepszą rzeczą w życiu singla jest fakt, że wszystko zawdzięcza sobie sam. Najgorszą zaś - że zawdzięcza sobie wszystko sam. Oznacza to mniej więcej tyle, że do nikogo nie możesz mieć pretensji odnośnie swojego szczęścia. Nikomu nie możesz wystawić rachunku zysków i strat, dlatego singlom najlepiej wychodzi... uciekanie. Uciekanie przede wszystkim od odpowiedzialności za swoje życie. Baaaarddzzzoo długo się tym parałam. Uciekanie i okłamywanie mojego życia zajmowało większość dawnego czasu. Zaczęłam więc od tego, żeby nauczyć się mówić prawdę, początkowo - swoją o mnie. Przedstawiłam sobie jasny obraz siebie, uporządkowałam cały syf, który zrobiłam dotychczas i zabrałam się za bycie "w porządku". W tym roku nie czekałam aż "coś" się wydarzy. Robiłam co chciałam, byłam z kim chciałam i gdzie chciałam.



Chciałam w tym roku bardzo dużo rzeczy. 

I nie wszystkie udało mi się zrobić. Nie wszystkie wyszły po mojej myśli, a prawdę mówiąc - większość się spieprzyła. Ale doszłam do jednego, ważnego, zmieniającego wszystko wniosku: to jest ten moment. Nigdy nie będę dość chuda, dość mądra, dość ładna i zabawna. Prawdopodobnie nie zrobię już kariery ścisłowca, nie zostanę wirtuozem keyboardu i ekonomistą - bo i nie chcę. Zawsze będzie coś, co można zrobić lepiej, mocniej, bardziej i więcej. Ale z drugiej strony nie będzie już drugiej takiej zimy 2015.  Nie będę już również tak młoda jak dzisiaj, tak nieświadoma tego, co przyniesie przyszłość. I zawsze będzie mi czegoś brakowało, a skoro tak  - to nigdy nie będę mogła być szczęśliwa. Chcę się cieszyć. To jest ten moment, kiedy jest doskonale. Nawet jeśli nie jest. Nawet jeśli znowu nie potrafiłam zaoszczędzić pieniędzy na podróżnicze marzenie, po raz kolejny ominęło mnie  jedzenie ośmiornicy, Maciek drugi tydzień z rzędu zalega z myciem podłóg, spodnie pękają w kroku, a ten dupek nie pisze.  Chcę powiedzieć dziękuję. Dziękuję za to, co mam. Tu i teraz jest tak dużo dobrego w moim życiu.