poniedziałek, 12 stycznia 2015

propera parada.

2 stycznia. Leżymy na łóżku, paradoksalnie w trójkę, marząc o trójkącie. "Lubię jak smerasz mnie po brzuszku", przeplata się z "Wow, wydepilowałaś uda !" i "Ty naprawdę masz masę pieprzyków"
Nie możemy spać. Nie możemy robić czegokolwiek innego. Jakby jękiem wydobywam z siebie "Przestańmy się już śmiać, boli mnie brzuch !". Nie możemy robić nic . 
Kochamy się ponad życie.


To będzie dobry rok. Jestem tego pewna jak nigdy dotąd. Wkraczam z pełną akceptacją siebie, świadoma wad i popełnionych błędów. To co było, jest już poza mną. Rozumiem to. Rozumiem,że nic nie wydarzyło się bez przyczyny i jestem za każdą małą katastrofę cholernie wdzięczna. "Boże jak bardzo jest dobrze"- myślę tego 2 stycznia, myślę w sylwestra, rzucając butelką szampana o chodnik i leżąc na Barcelońskiej plaży w zimowych butach i swetrze. 


Za każdym razem, kiedy jestem za granicą zdumiewa mnie, do jakiego stopnia tłumimy w sobie wszystkie niewypowiedziane słowa. Fakt, że nikt nas nie rozumie, pozwala nie tylko komentować obcych ludzi. Daje niesamowitą okazję do prowadzenia rozmów na KAŻDY z tematów, których nie należy poruszać w towarzystwie, pozwala rzucać mięsem i narzekać na rzeczywistość. Jakby tego było mało ostatnio całą czwórką stwierdziliśmy, że nasza przyjaźń weszła w najbardziej zaawansowany i jednocześnie najgorszy z etapów. Nadaliśmy mu miano przyjaźni fizjologicznej. Nasze dialogi, zwierzenia i gesty, są obrzydliwe, ale to chyba właśnie dzięki temu, zachowujemy tą czułą pewność i nadprzyrodzone poczucie zaufania. Dobrze wybraliśmy. Siebie. 


  

Kiedy decydujemy się na podróż, z mojego konta odbija się magiczne 4,95 zł. I nie - nie jest to lustrzane odbicie. Mam niecałe pięć złotych na karcie, a jeśli poproszę rodziców o dodatkowy przelew lub co gorsza - pieniądze na wycieczkę w przeddzień sesji, to ojciec osobiście sprzeda mnie za wielbłąda. Wyprawa organizowana na własną rękę, to śmiesznie mały biznes, ale nie do tego stopnia zabawny. Moje podekscytowanie jednak nie słabnie, gdyż nauczyłam się, że każdy problem ma rozwiązanie. Przez kolejny miesiąc przebieram się w uniwersyteckiej toalecie w sukienkę i na szpilkach biegnę do teatru. Pracować. Weekend natomiast z uśmiechem przynosi dres i niebieską koszulkę. Jeśli ostatnio dostaliście w pewnym sklepie sportowym coś za darmo, to ode mnie. Jestem beznadziejną kasjerką. 


Nie od dziś wiadomo, że w licealnej klasie z profilem geograficznym znalazłam się przypadkowo.

Mapa nadal jest mi obca. Gdybym miała podróżować sama, pewnie siedziałabym ciągle pod Sagradą, albo nadal zastanawiała jak dojść do hotelu. Maciek zabronił mi być przewodnikiem, już pierwszego dnia:

-Patrzcie, tu jest to całe Carrer ! Znalazłam !
-Carrer, to po hiszpańsku ulica. Wszystkie adresy będą miały Carrer przed nazwą.

 Kiedy jakaś Polka zaczepia nas ostatniego dnia na lotnisku i pyta, co zwiedziliśmy, chórem odpowiadamy, że wszystko. A jeśli ktoś rzuci we mnie aluzją, że chyba wypoczęłam, to własnoręcznie wymierzę siarczysty policzek. Biegaliśmy. Wzdłuż i wszerz, po gigantycznym mieście. Trwoniliśmy miliony monet na wstępach do muzeów i przejadaliśmy jeszcze większe koszta. Samodzielnie opłacona podróż, to faktycznie satysfakcja, ale nigdy nie podpiszę się pod tym, że zarobione pieniądze wydaje się ciężej. Nie żałowałam sobie żadnej z uciech, ponieważ siebie samą  lubię traktować dobrze. 











W moim pokoju normalnie chodzi kilka zegarków. Cykada wskazówek, to przy poduszce własny koncert. Jednak pierwsza noc we Wrocławiu była ciężka. Kładło się ze mną spać, tyle obaw, że rytmiczne tykanie zaczęło mi przeszkadzać. Złapałam za budzik i wyjęłam jedną baterię. Obróciłam twarz do ściany i opatuliłam się kołdrą, ale niebieski zegar nie przestał chodzić. Cyk. Cyk. Zapaliłam światło, wyciągnęłam dla pewności dwa następne paluszki i z uwagą zaczęłam się wpatrywać w poruszające wskazówki. Cyk. Z uśmiechem wsadziłam baterie z powrotem. Czas się nie zatrzyma. Nie podda jak ja. Muszę iść naprzód. 


Pamiętam o tym, co jest naprawdę ważne. Świat jest dobry, kiedy patrzę na niego dobrymi oczami. Kiedy się uśmiecham, to wszystko uśmiecha się do mnie i ja sama myślę lepiej. Nauczyłam się wizualizować cele. Wszystko idzie zgodnie z planem. Rozluźniam ramiona. Całkowicie. Pozwalam im opaść, sama przy tym się nie potykając. Mam w okół siebie cudownych ludzi, ciężko pracuję, korzystam. Mogę podróżować, kochać, uczyć się, być gdzie i z kim chcę. Mogę być szczęśliwa. Ta myśl mnie uspokaja.

 
 
  




 





Strach jest tym, co wmówimy sobie sami. Jak można się przygotować na coś, co się wydarzy ?  Nie da się :) Tak, mam odwagę robić to, co lubię. Czasem czuję strach i coś mi w środku podpowiada, żeby się cofnąć. Zatrzymuję się wtedy, zwalniam tempo, ale nigdy nie zawracam. Rozdrapywanie ran z przeszłości nigdzie nie prowadzi. Wszystko się zabliźni i będzie przypominać o upadkach. Dzisiaj, patrząc na nie jestem dumna. Za każdym razem się podnosiłam.


 


Cokolwiek się stanie, należy do mnie. Muszę się tym karmić, nawet jeśli to wydaje się trudne do przełknięcia. Wybaczyłam sobie i zaakceptowałam to, co zrobiłam, a nie co stało się samo, bo nic się samo nie dzieje. Gotowa, mogłam pewnego dnia po prostu wrócić z uczelni i pojechać do Barcelony. Lubię podróżować i z pewnością jeszcze wielokrotnie będę, bo widzę moje życie jako jedną wielką drogę. Cieszę się, że nie jest prosta. To bardzo dobrze, że ma koleiny, dziury i ostre zakręty. Przez to jest o wiele ciekawsza. Jest przygodą ! A na każdej przygodzie trzeba się zgubić i zaliczyć serię niefortunnych wydarzeń.

Przyjaźń, to żadna duża sprawa. To tysiące małych rzeczy, za które codziennie dziękuję.
To oni. Ich charaktery, wór wad i odchyleń. To właśnie one trzymają mnie nogami przy ziemi,
to oni nie pozwalają mi spadać, ale lekko unosić się w powietrze.



I kiedy przy bramce na lotnisku, zagubiona podam celnikowi kartę pokładową, on z uśmiechem popatrzy na moje rozczochrane włosy i zawoła "Adiós, Aliszja.". Nie będę żałować. Nie będę tęsknić, ani płakać, bo Barcelona nie była ani odpoczynkiem od problemów, ani ucieczką. Zrobiłam to, bo chciałam.

I chcę od życia jeszcze więcej. 


piątek, 12 września 2014

It's OK, I got lost on the way

Droga, 19-letnia Alu,

           Przestań się przejmować, że jesteś za gruba. Może trochę za gruba, ale kogo to obchodzi ? Niedługo i tak będziesz większa. Nie zamartwiaj się tym jak potoczy się twoja kariera. Nie masz  przed sobą kariery. Rozpoczniesz pracę w przepysznym miejscu i dzięki Bogu - będziesz się o tym przekonywać sama!  

           Mam nadzieję, że dalej bezmyślnie rozbijasz się  polówką, bo za rok przyjdzie ci siąść za kierownicą czarnego Colta i zatęsknisz za tym starym, butelkowym gratem, nad którym nie trzeba było się trząść. 

          Wielu rzeczy nie możesz teraz zrozumieć, ale pamiętaj, że to właśnie Tobie dano możliwość odczuwania każdej z emocji. Weź szybko nadmiernie czułego Marcina na barana i przebiegnij się z nim w koło bloku - wkrótce twój młodszy brat, wystrzeli o parę centymetrów w górę i dobije do 45 kilo żywej, ketchupowej masy. 

          Nie trać wiary. Uśmiechaj się głupkowato, bo bycie pieprzoną dekadentką okazuje się być jeszcze gorsze.  Nie możesz nikomu kazać się kochać. Jeśli pewnego dnia przestanie czekać i znosić żałosne narzekanie, pozwól mu odejść. Musisz wierzyć, że wszystko się ułoży - bądź cierpliwa

           Dobrze wiem, że aktualnie stoisz u progu ekonomii, ale weź się za zwiększanie wiedzy na temat epok literackich - zaufaj mi, Dulcynea nie ma nic wspólnego z pasterzem Chryzostomem, a miłości nie należy porównywać do zarośniętego złomowiska w Szwecji. 

          Nie pij na urodzinach Michała. 

          Nie narzekaj na słabnącą aktywność przyjaciół - czas pokaże, że warto było w nich zainwestować wszystkie uczucia - wróciły ze zdwojoną siłą.

           Z pewnością przejmujesz się teraz milionem rzeczy - Proszę, porzuć wszystkie swoje troski i zaciśnij zęby. Te dwanaście miesięcy będą od Ciebie wymagały niezmierzonych pokładów siły.

    ----------------------------------------------------------------------------------


Pamiętacie momenty w których stawaliście się lepsi ? Bardziej lub mniej odpowiedzialne decyzje, spontaniczne czy rozsądne wybory, albo małe nieszczęścia potrzebne do szczęścia, do których teraz już nie wypada się przyznawać ? Pamiętacie chwile w których stawaliście się silniejsi ?




Wakacje z przyjaciółmi to fantastyczny moment zwrotny.  Punkt odniesienia przez resztę roku do wszystkiego co dzieje się poza wyjazdem. Krytyczne momenty, chwile tęsknoty czy zgryzoty, zawsze zaprowadzają mnie w okres niekoniecznie błogiego wypoczynku, za to zawsze zabarwionego szczerozębym uśmiechem.  Nie muszę się oglądać w lustrze, żeby wiedzieć, że mam kartoflany nos, jestem hipokrytką, a w schematach damskich sylwetek brakuje mojej w bikini pt. "mańka", bo oni bezceremonialnie mi o tym przypominają.


Wiedząc, że są ludzie, którzy tak doskonale znają twoje wady, możesz być pewien jak bardzo mocna jest wasza relacja. To jest siła napędowa, która w całym ich odstępstwie od norm, każe kochać ponad i pomimo wszystko, troszczyć się, a nawet wchodzić z buciorami w życie. W chwili kiedy masz ich po dziurki w nosie i zastanawiasz się co robisz w tym gronie, dobrze pamiętasz, że to właśnie ten ekscentryczny zbiór osobowości był w stanie pokonywać kilometry tylko po to, by cię wyściskać, kiedy było do dupy, zadzwonić z optymistycznym "Będzie dobrze!" czy rozpocząć cykliczny rytuał małego malkontenta.




Kwestia pecha nie jest tam podważana. Kiedy dzieje się coś złego, ich gniew odbija się właśnie na Tobie. "Twoje pieprzone szczęście za dwa złote!" - krzyczą, a potem wszyscy wybuchamy łapczywym śmiechem, ze wzrokiem wbitym w tablicę odlotów: "opóźniony o 3 godziny".


 W warszawskim muzeum sztuki nowoczesnej stoi wyjątkowy eksponat. Podczas gdy zza okien radośnie dobija się do ciebie trzydzieści pięć stopni upału, to właśnie tam nieśmiało przez drzwi lodówki spogląda ponuro bałwan. Twoi przyjaciele ruszyli w świat dziecięcej rozrywki do Centrum Nauki Kopernik, podczas gdy ty, postanowiłaś urządzić sobie najbardziej dekadencki maraton życia. Zahaczasz galerie i wystawy, w których oprócz ciebie słychać ledwie cykadę świerszczy i ani trochę nie bierzesz pod uwagę faktu, że powrót do miejsca zbiórki może ci zająć dwie godziny, bo w stolicy istnieje ponad czterdzieści przystanków o nazwie 'centrum', ty masz niespotykany zanik zdolności orientacji w terenie i to akurat pod twoje metro, zdecyduje się rzucić jakiś palant.







Miejsca nie zmieniają ludzi. Zmienia nas otoczenie. Ludzie, którzy są obok i to co się dzieje w danej chwili. Prawdopodobnie nie możesz zmienić świata, ale to właśnie on może zmieniać ciebie. Być może to pech jest twoim największym szczęściem. I Mój Boże.....




jak dobrze, że masz go z kim dzielić.


Czasami dobrze doprowadzić się do szaleństwa. Zwariować. Zdurnieć do reszty. Wyjść z siebie.
-bo to daje możliwość stania obok i obserwowania. Trzeba na siebie spojrzeć nowymi oczami, kiedy wzrok już zawodzi, przestaje się widzieć proste cele, a kolejne minusy nie zamieniają się w plusy.

 Samotność zawsze wydawała mi się realnym miejscem.

Jakby nie był to stan ducha, a miejsce w którym mogłam się skryć i być tam sobą. Wakacje z rodziną zmieniają te odczucie. Ludzie, którzy przez dwadzieścia lat oglądają twoją poranną zaspaną mordę, wiedzą, ile potrafisz zjeść na śniadanie i potrafią fantastycznie reagować na twoją wrodzoną zołzowatość, po prostu muszą cię kochać. To dlatego brzuch po miesiącach nerwobóli wreszcie zamienia się w ten bolący od śmiechu. Czytasz książkę w ciszy. Już się jej nie boisz, bo własne myśli cię nie pochłaniają. Po prostu siedzisz w pięknym miejscu i oddychasz - bez skupienia na akcji 'wdech-wydech'.



























Zołza z wiekiem osiąga niestety niszowe pułapy. Kondycja już nie ta, lenistwo przeciwnie - tendencja wzrostowa. Narzekam na wszystko co się rusza, wydaje dźwięki i przylega do mojego ciała. Jestem w miejscu pełnym dzieci, hałasu i zbyt wysokich temperatur, dla osoby, która ma za wiele miejsc z superzdolnościami do pocenia. Rodzicom chyba udziela się mój malkontentyzm, bo zgadzają się na wycieczkę poza europejską krainę pozornej cudowności. Jestem spragniona spokoju.

Jedziemy w Turcję - prawdziwą, pięknie dziką...


 

i jaka szkoda, że nie tylko my...



 Na wakacjach moich marzeń padał deszcz. Z paczką przyjaciół smarowaliśmy naleśniki czekoladą, a wieczorem kradliśmy Michałowi pasztet z plecaka. Biegaliśmy boso po pustej ulicy i myliśmy włosy w jeziorze. Spaliśmy w osiem osób na jednym materacu. 

To dlatego dwa dni po powrocie z Turcji tak bardzo cieszy mnie pobudka taty : 
"Wstawaj, zabieram cię na Mazury."

  
Do tej pory udało mi się odwiedzić 15 krajów. W żadnym z nich nie było tak przepięknie jak tutaj. Ze wszystkich środowisk, to właśnie jeziora są moim ulubionym. Mówiłam, że miejsca nie zmieniają ludzi....Żywej duszy w promieniu paru kilometrów. Cisza przerywana pianiem koguta i rozbijaniem się wody o molo. Pieprzyć niepewności o przyszłości. Niech to trwa.



Spędzamy wieczory z zimnym piwem w łapie, cudownie nie martwiąc się o nic. To niesamowite, że w miejscach w których pozostajemy ze swoimi myślami sam na sam - myślimy najmniej. Napawam się urokiem chwil i zachwycam naiwną        wiarą, że najlepsze wciąż jest przede mną.






------------------------------------------------------------------------

Bezużyteczne dni mają sens. Podobnie jak cholerne smażenie naleśnikowych nachosów i zmywanie garnków po sosie pomidorowym. Godziny poświęcone na naukę mikroekonomii, czytanie Szymborskiej, a nawet kablowanie policji na sąsiadkę. Długie bezcelowe jazdy autobusem, przesiadywanie na Malcie. Chwile spędzone na rozpoczynaniu dzienników i robieniu motyli z origami. Wydanie ostatnich kieszonkowych na płytę Rojka albo kolejną książkę "po promocji".                                                         Droga Alu, kiedy przyjedziesz ostatniego maja do Lubina, rozluźnij to kretyńsko zaciśnięte gardło i zamiast dławiąco burczeć "Wkrótce się spotkamy", powiedz dziadkowi jak bardzo go kochasz. Następnego dnia, kiedy zrobisz sobie najszczęśliwsze zdjęcie ze swoimi rodzicami, on będzie już wiedział. Powie babci jak bardzo był z ciebie dumny. 
Musisz na to zasłużyć. 
-20-letnia
 TY.